Toruń jest moim wymarzonym miejscem do życia i pracy twórczej
– mówi laureat stypendium artystycznego Miasta Torunia w roku 2008 Dariusz Przewięźlikowski.
Przy ulicy Sienkiewicza 36/38 stoi mały neogotycki budynek obrośnięty kokornakiem. Miejsce niezwykłe i trochę tajemnicze, w którym tworzy toruński artysta, którego prace znajdują się w muzeach i prywatnych kolekcjach w Polsce, Australii, Kanadzie, Grecji, Szwajcarii, USA, Japonii i kto wie, gdzie jeszcze…. Zresztą nie ważne, bo ważne jest to, że każdy chciałby mieć w swojej prywatnej kolekcji choćby jedno jego dzieło.
Urodził się w Barlinku w 1968 roku. Niezwykle twórczy był już od najmłodszych lat. Chciał zdawać do liceum plastycznego, ale najbliższa szkoła średnia o profilu plastycznym była w Szczecinie , więc rodzice szybko wybili mu to z głowy. Studiował Filozofię. Ukończył studia z zakresu Animacji Kultury, a dyplom z zakresu ceramiki architektonicznej zdobył w 1997 r. Jest członkiem ZPAP PSU oraz Stowarzyszenia Twórczego Artystów Rzeźbiarzy STAR.
Zakochał się w Toruniu, a potem w jednej naszej mieszkance, dzięki której w nim zamieszkał. Na początku miał wiele obaw, bo artystów jest w naszym mieście wielu.
Po spotkaniu z nim wiem jedno – to nie tylko fantastyczny artysta, ale i człowiek.
Przyznał się, co prawda, że potrafi chwilami być cholerykiem, ale tak samo szybko gaśnie w nim złość jak i wybucha.
Jego „ Ptaki ” – kobiece popiersia z wysmukłą formą nie przez każdego zostały dobrze zinterpretowane. Zamiast głowy ładny damski biust opinają gorsety. Lekko perwersyjne rzeźby naigrywają się z pustych głów zaprzątniętych jedynie najdrobniejszymi wręcz szczegółami swojej garderoby - napisała Renata Ochwat w Gazecie Wyborczej.
Czy rzeczywiście Przewięźlikowski chociażby chwilami w ten sposób postrzega kobiety?
Zapytany o to, co jest najważniejsze w kobiecie odpowiada: serce i intelekt. Kobiety są dla niego bardzo ważne w życiu. Są dla niego jak ptaki. Wolne i piękne. Potrafią „ wzbić się wyżej ” ,ale nie wszystkie. Miło jest popatrzeć na piersi, czy też zgrabny tyłeczek- jak sam wyznaje - ale w kobiecie najważniejsze jest to, co ma w środku. W swoim sercu i głowie.
Fenomenem jest dla niego Gaudi. Dlaczego? Bo to był człowiek o niespotykanej wyobraźni, dzięki której stworzył przełomowe projekty. Spacerując po Barcelonie zachwycał się wszystkim, co w tym mieście stworzył. Każdym najdrobniejszym detalem, bo Gaudi w niezwykły sposób potrafił formę rzeźbiarską połączyć z architekturą.
Zapytany o to, jakie trzy miejsca na świcie ocaliłby od zagłady, odpowiada: właśnie Barcelonę, Toruń i miejsce, gdzie są jego przodkowie, bo pamięć jest istotna dla niego. Jeżeli zapomnimy o naszych przodkach, to nas też nie będzie - dodaje.
Gdyby nie był artystą to byłby garncarzem, filozofem albo pedagogiem. Jest bardzo szczęśliwy, że może robić to, co robi.
Zdarza się, że maluje, robi grafikę, ale ceramika, to coś, co pokochał. Dzieli się też swoją wiedzą zapraszając, co sobotę do swojej pracowni wszystkich, którzy czują potrzebę bycia ze sztuką. Spotkam niesamowicie twórcze osoby w trakcie tych spotkań – mówi Przewięźlikowski. Kocha kontakt z ludźmi i nie lubi wyizolować się i zamknąć w pracowni. Jest zadowolony ze wszystkiego, co wychodzi spod jego ręki, ale ceni sobie skromność. Potrafi wysłuchać krytyki i ma świadomość, że człowiek całe życie studiuje i nie może się zamknąć tylko w jednym kierunku. Zdarzają się, co prawda takie momenty, kiedy jedno nieodpowiednie pociągnięcie sprawia, że forma jest już nie do przyjęcia. Ale to zdarza się każdemu artyście.
Najbardziej jest zadowolony z cyklu swoich prac : „Katedry” i Formy Strzeliste. Dla tego Artysty – ceramika - jak napisała prof. Bogumiła Jung – ceglany gotyk, którego architektoniczna struktura bywa nadal tak często obecny i w dzisiejszych miastach, jest silnym źródłem inspiracji, przemawiającej do wyobraźni. Bliska Artyście jest koncepcja transcendencji. Kontakt człowieka z transcendencją bez względu jak byśmy ją nazwali jest niezbędny i to nam daje siłę do tego, abyśmy się rozwijali. Jeżeli dokona się właściwego wyboru, to idzie się prostą ścieżką. To tak jak z odbiciem lustrzanym. Jeżeli rano uśmiechniesz się do tego gościa, który jest w lustrze, to on też uśmiechnie się do ciebie. Banalnie proste, ale i jakże mądre.
Mimo swoich mroków, średniowiecze - jak sam mówi - jest niezwykle kolorową epoką. A Toruń to w końcu „Gotyk na dotyk”, który ukochał.
A jakie ma marzenia? Żeby pracować, żyć i kochać. Jest szczęśliwy w grodzie Kopernika. Tu i teraz to jest jego miejsce i czas.
Przygotowuje się do Wystawy w Galerii Sztuki Współczesnej – Czteroobraz 11.06.2010 odbył się już pierwszy pokaz w Koninie, potem czeka na niego Leszno i będzie pięknie - jak sam mówi artysta.
Na pewno będzie pięknie. Dzięki takim artystom jak Przewięźlikowski w naszym mieście z roku na rok jest coraz piękniej.
Gdyby był kolorem to był by kolorem czerwonym, bo jest energetyczny. I rzeczywiście Darusz Przewięźlikowi taki jest!
Z sentymentem wspomina wystawę w Australii w Darwin, a ja spotkanie z nim…
Ewa Gerbatowska
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wywiady i relacje ze spotkań.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wywiady i relacje ze spotkań.. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 27 czerwca 2010
niedziela, 30 maja 2010
To właśnie o nim 4 maja 2010 roku Magazyn Ekspres Reporterów wyemitował program pt. „Życie bez trzymanki”. O Łukaszu, kierowcy wyścigowym bez rąk.
Ewa Gerbatowska: Jak to się stało, że mogliśmy zobaczyć ciebie śmigającego po toruńskim torze wyścigowym w majowym programie TVP?
Łukasz Brunacki: Jak to w życiu najczęściej bywa - przypadek. Na zawodach podszedł do mnie dziennikarz Tomasz Niejadlik. Zaproponował spotkanie i nakręcenie reportażu o mojej pasji do samochodów rajdowych. Zastanawiałem się długo, bo zawsze chodzi mi po głowie, że ktoś ma w takich przedsięwzięciach jakiś ukryty cel. W końcu zgodziłem się i nie żałuję. Po wyemitowaniu programu zadzwoniłem do operatora kamery, Tomka i podziękowałem za ten materiał.
Zmieniło się coś w twoim życiu po jego wyświetleniu?
Dostałem sporo maili od ludzi. Naprawdę wiele ciepłych i serdecznych słów popłynęło w moim kierunku po emisji. To bardzo miłe i nowe dla mnie doświadczenie.
ZOBACZ PROGRAM Z UDZIAŁEM ŁUKASZA W PROGRAMIE EKSPRES REPORTERÓW NA STRONIE: www.tvp.pl
Pojawił się ktoś, kto chce ci pomóc w realizowaniu twojej szalonej pasji?
W moim życiu pojawiło się wiele osób, które chciały mi pomóc. Jestem już do tego jakby przyzwyczajony, że ludzie obiecują, a potem znikają. I nie jestem wcale rozżalony, albo rozgoryczony. Tak już po prostu jest. Wolę żeby mnie ktoś pozytywnie zaskoczył.
Powiedziałam szalonej pasji, bo tak na zdrowy rozsądek, to mam wrażenie, że trochę igrasz z życiem. Twojej żonie na pewno też za bardzo nie podoba się to, co robisz na torze wyścigowym. Od kiedy jesteś żonaty?
Od jakiś dwóch albo trzech lat.
Nie pamiętasz, od kiedy jesteś żonaty? (śmiech)
Nie… ale pamiętam kiedy ma urodziny. Zatem typowy facet ze mnie. A wracając do tego, co sądzi o tym moja żona. Przyznam, że nie podoba się jej do końca to, że biorę udział w wyścigach samochodowych. Pewnie, dlatego, że nie mam chociażby odpowiedniego samochodu rajdowego. Jeżdżę normalnym samochodem, który ma mi pomóc w przemieszczaniu się z jednego miejsca w drugie. Ostatnio w trakcie wyścigów popsuła mi się skrzynia biegów. Myślałem, że żona mnie ze złości udusi.
Dzisiaj się ścigasz, ale na pewno pamiętasz dzień, w którym zdobyłeś prawo jazdy?
Pamiętam doskonale. Popłakałem się ze szczęścia… Kolejny raz w życiu pomyślałem sobie, że mogę, potrafię.
Nie ma dla ciebie rzeczy niemożliwych?
Każdy z nas, z tym co ma, może zrobić niewiele albo prawie wszystko. Nic nie usprawiedliwia lęku przed życiem.
Pewnie nie tylko ja zastanawiam się jak nauczyłeś się wszystkiego.
Wiesz, nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. To tak, jakby ktoś zapytał się ciebie jak nauczyłaś się chodzić, czytać, pisać itd. Dla mnie wszystko było normalne i naturalne. Urodziłem się bez dłoni i musiałem sobie z tym jakoś poradzić.
Czytałam, że matka ślepnącego Raya Charlesa nie pomagała mu w znalezieniu drogi do drzwi, bo wiedziała, że ten, aby przeżyć, musi ją znaleźć sam. A jak wychowywała Ciebie twoja mama?
Była troskliwa, jak chyba każda dobra matka. Pamiętam, jak bała się dać mi kluczy do mieszkania, bo nie była pewna, czy uda mi się do niego wejść. Toczyłem czasami boje w domu. Okres dorastania był najtrudniejszy w moim domu. Czasami dochodziło do trzaskania drzwiami, ale na szczęście to już minęło.
Zatem okres buntu jest już poza Tobą? Nie złościsz się na to, z czym musisz borykać się każdego dnia?
Czasami złoszczę. To normalne. Ale najbardziej irytuje mnie nietolerancja. Nawet jak szedłem ul. Szeroką na spotkanie z tobą dało się słyszeć komentarze w stylu: „Zobaczcie, nie ma rąk.”
I co wtedy czujesz?
Czuję to, co każdy czułby w takiej sytuacji.
Zastanawialiście się z żoną nad tym, żeby mieć dzieci?
Nie wiem… Kiedyś na myśl o dzieciach zdecydowanie mówiłem „nie”. Jeżdżę na obozy dla rodzin, których członkowie są ofiarami wypadków komunikacyjnych. Zaprzyjaźniłem się z jedną rodziną. Ich pierwsze dziecko, w wieku 3 lat, miało wypadek. Od 8 lat żyje jak roślina. Mają też dwoje młodszych pociech. Bardzo zaprzyjaźniłem się z nimi. Najmłodszego nosiłem na placach. Biegał za mną i jak powiedział: „Kocham cię wujku”, to coś we mnie pękło. Po powrocie bardzo za nimi tęskniłem. Brakuje mi ich.
Na co dzień pracujesz w Fundacji Zielony Liść, która pomaga ludziom po tragediach, jakie spotkały je na drodze.
Ja nie podchodzę do wszystkiego w życiu emocjonalnie. Jestem realistą. Praca w Fundacji jest dla mnie wyzwaniem. Nigdy nie wiemy, co nas w życiu spotka. Przechodzisz na pasach i nagle wyjeżdża zza zakrętu rozpędzone auto i wszystko w życiu twoimi twoich bliskich się zmienia.
I co?
I trzeba to wszystko jakoś pozbierać. Oczywiście jest płacz, rozpacz, ból. Pojawiają się pytania: „Dlaczego straciłem kogoś bliskiego?”, „Dlaczego jestem kaleką?”. Ważne, aby wiedzieć, do kogo należy się zwrócić o pomoc, aby stanąć na nogi i otoczyć się właściwymi ludźmi.
Co masz na myśli mówiąc właściwi ludzie?
Trudne pytanie, bo nie potrafię na nie odpowiedzieć tak jak bym chciał. Właściwi ludzie to „normalni” ludzie. Nigdy nie chciałem zamykać się w gettcie ludzi, którzy są niepełnosprawni. Nie dzielę ludzi na zdrowych i nie. Nie oceniam: „Ja jestem taki, ty taka.” Nie myślę o sobie, że jestem gorszy. Po prostu mam trudniej. To wszystko.
Zatem nie masz przyjaciół wśród osób niepełnosprawnych?
Czasami rodzice chcieli, abym sam podchodził do osób niepełnosprawnych porozmawiać, a ja odmawiałem, bo chciałem z kumplami na podwórku pograć w piłkę. Nie potrafię tego dobrze wytłumaczyć. Wiele osób czytając te słowa może być zbulwersowanych, ale ja nie chcę, aby ludzi segregowano na takich, czy innych.
Ale odczuwasz, że ludzie mają cię za „innego”?
Niestety nie jesteśmy tak tolerancyjni jak osoby mieszkające w Stanach Zjednoczonych. Zresztą marzę o podróży do Stanów, bo tam „odmienność” nie wzbudza niepotrzebnego zainteresowania.
Marzysz o podroży do USA i o czym jeszcze?
Widziałem Paryż, Rzym… Chciałbym zobaczyć wiele miejsc, zjeździć wzdłuż i w szerz Amerykę. Doczekać się nowej lżejszej protezy nogi, bo ta jest ciężka i ogranicza mnie w wielu działaniach.
Nie myślałeś o protezach rąk?
Nie. Nie mam rąk, ale potrafię swoje życie wziąć w swoje ręce.
A co dla ciebie najważniejsze jest w człowieku?
Serce… Najważniejsze jest to, co mamy w sercu, ale głowa też jest ważna.
Rozmawiała Ewa Gerbatowska
http://www.orbitorun.pl/
Poniżej podaję dane Fundacji, w której Łukasz zbiera pieniądze na leczenie i rehabilitację, a przede wszystkim na protezę lewej nogi. Wszelkie darowizny finansowe na moją rzecz mogą Państwo wpłacać na konto:
Fundacja Dzieciom „Zdążyć z Pomocą”
ul. Łomiańska 5 01-685 Warszawa
41 1240 1037 1111 0010 1321 9362
z dopiskiem: darowizna na leczenie i rehabilitację Brunacki Łukasz Dawid
Wpłaty z tytułu 1% dla OPP mogą Państwo wpłacać na konto:Fundacja Dzieciom „Zdążyć z Pomocą”
KRS 0000037904
Cel szczegółowy: na rzecz Łukasza Brunackiego (8841)
Łukasz Brunacki: Jak to w życiu najczęściej bywa - przypadek. Na zawodach podszedł do mnie dziennikarz Tomasz Niejadlik. Zaproponował spotkanie i nakręcenie reportażu o mojej pasji do samochodów rajdowych. Zastanawiałem się długo, bo zawsze chodzi mi po głowie, że ktoś ma w takich przedsięwzięciach jakiś ukryty cel. W końcu zgodziłem się i nie żałuję. Po wyemitowaniu programu zadzwoniłem do operatora kamery, Tomka i podziękowałem za ten materiał.
Zmieniło się coś w twoim życiu po jego wyświetleniu?
Dostałem sporo maili od ludzi. Naprawdę wiele ciepłych i serdecznych słów popłynęło w moim kierunku po emisji. To bardzo miłe i nowe dla mnie doświadczenie.
ZOBACZ PROGRAM Z UDZIAŁEM ŁUKASZA W PROGRAMIE EKSPRES REPORTERÓW NA STRONIE: www.tvp.pl
Pojawił się ktoś, kto chce ci pomóc w realizowaniu twojej szalonej pasji?
W moim życiu pojawiło się wiele osób, które chciały mi pomóc. Jestem już do tego jakby przyzwyczajony, że ludzie obiecują, a potem znikają. I nie jestem wcale rozżalony, albo rozgoryczony. Tak już po prostu jest. Wolę żeby mnie ktoś pozytywnie zaskoczył.
Powiedziałam szalonej pasji, bo tak na zdrowy rozsądek, to mam wrażenie, że trochę igrasz z życiem. Twojej żonie na pewno też za bardzo nie podoba się to, co robisz na torze wyścigowym. Od kiedy jesteś żonaty?
Od jakiś dwóch albo trzech lat.
Nie pamiętasz, od kiedy jesteś żonaty? (śmiech)
Nie… ale pamiętam kiedy ma urodziny. Zatem typowy facet ze mnie. A wracając do tego, co sądzi o tym moja żona. Przyznam, że nie podoba się jej do końca to, że biorę udział w wyścigach samochodowych. Pewnie, dlatego, że nie mam chociażby odpowiedniego samochodu rajdowego. Jeżdżę normalnym samochodem, który ma mi pomóc w przemieszczaniu się z jednego miejsca w drugie. Ostatnio w trakcie wyścigów popsuła mi się skrzynia biegów. Myślałem, że żona mnie ze złości udusi.
Dzisiaj się ścigasz, ale na pewno pamiętasz dzień, w którym zdobyłeś prawo jazdy?
Pamiętam doskonale. Popłakałem się ze szczęścia… Kolejny raz w życiu pomyślałem sobie, że mogę, potrafię.
Nie ma dla ciebie rzeczy niemożliwych?
Każdy z nas, z tym co ma, może zrobić niewiele albo prawie wszystko. Nic nie usprawiedliwia lęku przed życiem.
Pewnie nie tylko ja zastanawiam się jak nauczyłeś się wszystkiego.
Wiesz, nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. To tak, jakby ktoś zapytał się ciebie jak nauczyłaś się chodzić, czytać, pisać itd. Dla mnie wszystko było normalne i naturalne. Urodziłem się bez dłoni i musiałem sobie z tym jakoś poradzić.
Czytałam, że matka ślepnącego Raya Charlesa nie pomagała mu w znalezieniu drogi do drzwi, bo wiedziała, że ten, aby przeżyć, musi ją znaleźć sam. A jak wychowywała Ciebie twoja mama?
Była troskliwa, jak chyba każda dobra matka. Pamiętam, jak bała się dać mi kluczy do mieszkania, bo nie była pewna, czy uda mi się do niego wejść. Toczyłem czasami boje w domu. Okres dorastania był najtrudniejszy w moim domu. Czasami dochodziło do trzaskania drzwiami, ale na szczęście to już minęło.
Zatem okres buntu jest już poza Tobą? Nie złościsz się na to, z czym musisz borykać się każdego dnia?
Czasami złoszczę. To normalne. Ale najbardziej irytuje mnie nietolerancja. Nawet jak szedłem ul. Szeroką na spotkanie z tobą dało się słyszeć komentarze w stylu: „Zobaczcie, nie ma rąk.”
I co wtedy czujesz?
Czuję to, co każdy czułby w takiej sytuacji.
Zastanawialiście się z żoną nad tym, żeby mieć dzieci?
Nie wiem… Kiedyś na myśl o dzieciach zdecydowanie mówiłem „nie”. Jeżdżę na obozy dla rodzin, których członkowie są ofiarami wypadków komunikacyjnych. Zaprzyjaźniłem się z jedną rodziną. Ich pierwsze dziecko, w wieku 3 lat, miało wypadek. Od 8 lat żyje jak roślina. Mają też dwoje młodszych pociech. Bardzo zaprzyjaźniłem się z nimi. Najmłodszego nosiłem na placach. Biegał za mną i jak powiedział: „Kocham cię wujku”, to coś we mnie pękło. Po powrocie bardzo za nimi tęskniłem. Brakuje mi ich.
Na co dzień pracujesz w Fundacji Zielony Liść, która pomaga ludziom po tragediach, jakie spotkały je na drodze.
Ja nie podchodzę do wszystkiego w życiu emocjonalnie. Jestem realistą. Praca w Fundacji jest dla mnie wyzwaniem. Nigdy nie wiemy, co nas w życiu spotka. Przechodzisz na pasach i nagle wyjeżdża zza zakrętu rozpędzone auto i wszystko w życiu twoimi twoich bliskich się zmienia.
I co?
I trzeba to wszystko jakoś pozbierać. Oczywiście jest płacz, rozpacz, ból. Pojawiają się pytania: „Dlaczego straciłem kogoś bliskiego?”, „Dlaczego jestem kaleką?”. Ważne, aby wiedzieć, do kogo należy się zwrócić o pomoc, aby stanąć na nogi i otoczyć się właściwymi ludźmi.
Co masz na myśli mówiąc właściwi ludzie?
Trudne pytanie, bo nie potrafię na nie odpowiedzieć tak jak bym chciał. Właściwi ludzie to „normalni” ludzie. Nigdy nie chciałem zamykać się w gettcie ludzi, którzy są niepełnosprawni. Nie dzielę ludzi na zdrowych i nie. Nie oceniam: „Ja jestem taki, ty taka.” Nie myślę o sobie, że jestem gorszy. Po prostu mam trudniej. To wszystko.
Zatem nie masz przyjaciół wśród osób niepełnosprawnych?
Czasami rodzice chcieli, abym sam podchodził do osób niepełnosprawnych porozmawiać, a ja odmawiałem, bo chciałem z kumplami na podwórku pograć w piłkę. Nie potrafię tego dobrze wytłumaczyć. Wiele osób czytając te słowa może być zbulwersowanych, ale ja nie chcę, aby ludzi segregowano na takich, czy innych.
Ale odczuwasz, że ludzie mają cię za „innego”?
Niestety nie jesteśmy tak tolerancyjni jak osoby mieszkające w Stanach Zjednoczonych. Zresztą marzę o podróży do Stanów, bo tam „odmienność” nie wzbudza niepotrzebnego zainteresowania.
Marzysz o podroży do USA i o czym jeszcze?
Widziałem Paryż, Rzym… Chciałbym zobaczyć wiele miejsc, zjeździć wzdłuż i w szerz Amerykę. Doczekać się nowej lżejszej protezy nogi, bo ta jest ciężka i ogranicza mnie w wielu działaniach.
Nie myślałeś o protezach rąk?
Nie. Nie mam rąk, ale potrafię swoje życie wziąć w swoje ręce.
A co dla ciebie najważniejsze jest w człowieku?
Serce… Najważniejsze jest to, co mamy w sercu, ale głowa też jest ważna.
Rozmawiała Ewa Gerbatowska
http://www.orbitorun.pl/
Poniżej podaję dane Fundacji, w której Łukasz zbiera pieniądze na leczenie i rehabilitację, a przede wszystkim na protezę lewej nogi. Wszelkie darowizny finansowe na moją rzecz mogą Państwo wpłacać na konto:
Fundacja Dzieciom „Zdążyć z Pomocą”
ul. Łomiańska 5 01-685 Warszawa
41 1240 1037 1111 0010 1321 9362
z dopiskiem: darowizna na leczenie i rehabilitację Brunacki Łukasz Dawid
Wpłaty z tytułu 1% dla OPP mogą Państwo wpłacać na konto:Fundacja Dzieciom „Zdążyć z Pomocą”
KRS 0000037904
Cel szczegółowy: na rzecz Łukasza Brunackiego (8841)
wtorek, 11 maja 2010
Toruń zbliża...
Jest Pan gościem czwartej edycji „ Literatury na kółkach”, organizowanej przez Książnicę Kopernikańską w Toruniu.
Michał Rusinek: To już moja druga akcja biblioteczna, w której biorę udział. Zresztą już za pierwszym razem Toruń bardzo mi się spodobał. A że jestem żarłokiem, szczególnie przypadła mi do gustu pewna restauracja, którą podobno zamknięto, co mnie bardzo martwi... Na szczęście odkryłem inne, też znakomite. Byłem tutaj w ramach festiwalu literackiego, podczas którego poznałem Rafała Bryndala, z którym się zakolegowałem. Zatem Toruń zbliża…
Zbliżają też takie osoby, jak Marek Jurowski, który mi pokrótce opowiedział o Pana licznych książkach, jakie przełożył i napisał dla dzieci.
Książki dla dzieci są wymuszone przez sytuację. Zaczęło się od tego, że przetłumaczyłem wiersze A.A. Milne, tego od Kubusia Puchatka. To była propozycja mnie samego zaskakująca. Bardzo lubię tą książkę. Na przełożenie ich miałem mało czasu - jeden na dzień. Rano czytałem je dzieciom i sprawdzałem ich reakcję.
Jestem też trochę takim Piotrusiem Panem, którego przygody zresztą tłumaczyłem. Potrzebuję nowych bodźców. Nowych pomysłów. To mnie najbardziej cieszy i napędza. Dlatego, jak ktoś dzwoni i pyta: czy mógłbyś napisać tekst do „Sonaty patetycznej” Beethovena to ja odpowiadam- oczywiście! Tłumaczenie musicali jest też rozkosznym zajęciem, ale niestety bardzo pracochłonnym. Co jakiś czas sam miewam różne dziwne pomysły. Teraz mnie bardzo podniecił pomysł pisania scenariuszy do filmów animowanych. Nie wracałbym tez do niektórych rzeczy, bo uważam, że np. nie najlepiej mi wychodzi pisanie prozy.
Napisał Pan w niebanalny sposób książkę o życiu Fryderyka Chopina. Na pewno przeczytał Pan historię życia naszego największego kompozytora swoim dzieciom, ale ciekawa jestem, czy słucha Pan w domu z dziećmi muzyki poważnej?
Tak, ale nie zamęczam ich taką muzyką. Na to jeszcze mają czas. Ale nie ma sensu, uważam, separować ich na siłę od kultury popularnej. Trzeba ją przejść, jak świnkę. Potem przyjdzie czas na kulturę wyższą. Jestem z takiego pokolenia, które katowano Chopinem. Chopin kojarzył mi się z nudnymi akademiami, zielonym suknem na stołach i przywiędłą paprotką. Zastanawiałem się, jak o wielkich ludziach można opowiedzieć małym ludziom, tak, żeby ich nie zniechęcić. Żeby wiedziały, że był ktoś taki, jak Chopin, który zajmował się komponowaniem, a nie np. produkcją wódki.
Mały Chopin bohater Pana książki nie lubił szpinaku, za to uwielbiał robić statki z kory. A jaki był Mały Michał Rusinek?
Ooo…Też nie lubiłem szpinaku, bo wtedy był ohydny, taki mrożony. Teraz go uwielbiam, bo można dostać świeży. Byłem dzieckiem dość grzecznym, ale umiarkowanie utalentowanym. W pierwszej klasie podstawówki napisałem pierwsze swoje opowiadanie science fiction, które chyba nawet ilustrowałem samodzielnie. Zresztą we wrześniu ukarze się książka o moim dzieciństwie.
Każdy z nas ma jakąś ukochaną książkę. Przynajmniej mam taką nadzieję. Zdradzi nam Pan swoją?
To się zmienia. Teraz zachwyciłem się amerykańską eseistką Anne Fadiman. Na bezludną wyspę wziąłbym jej „Ex Libris”. I dzięki temu wziąłbym ze sobą całą bibliotekę, bo to są eseje o książkach.
A jeżeli chodzi o twórców filmowych, to czyje filmy chciałby Pan mieć w swojej domowej kolekcji?
Woody Allena - już mam. Nie mam całego Felliniego, a to jest mistrz niedościgły, jego filmy w ogóle się nie starzeją. Uświadomiłem też sobie, że jednym z moich ulubionych filmów jest arcydzieło kiczu, czyli „Casablanca”. Mogę ją oglądać w kółko. No, co zrobić?
Wróćmy ponownie na chwilkę do książek. Pamięta Pan pierwszą książkę w życiu, która zapadła Panu pamięć?
Pierwszą książką, do jakiej się dorwałem, była pozycja pt.. „Wyjaśniamy dzieciom tajemnice życia” wydana w połowie lat 70-tych i przetłumaczona z języka francuskiego. Pamiętam najbardziej do tej pory ilustrację przedstawiającą łono matki na przykładzie rzeźby Wenus z Milo. Szczyt pruderii, ale też niesłychana śmiałość obyczajowa, jak na tamte czasu. A dla mnie wówczas - jakaś zabawna abstrakcja... Więc najpierw była książka, jak robić dzieci, a dopiero potem były „Dzieci z Bullerbyn”. Zresztą w domu, w którym się wychowałem, było mnóstwo książek, ale mnie zapadły najbardziej w pamięć ilustracje. Pamiętam też rozpadające się wydanie „Hobbita” z ilustracjami Jana Młodożeńca i „Piotrusia Pana” ilustrowanego przez Jerzego Srokowskiego. Ale pamiętam także „Czterech pancernych i psa” z bardzo mnie wówczas ekscytującymi fotosami z filmu.
Wykłada Pan na Uniwersytecie Jagiellońskim…
Zajmuję się taką dość rzadką i mało popularną dziedziną w obrębie polonistyki funkcjonującą, ale nie stricte polonistyczną, to znaczy retoryką. Tą retoryką rozumianą z jednej strony trochę językoznawczo, a z drugiej literaturoznawczo. Retoryka to pewna wiedza o języku, ale i strukturze literatury.
Napisał Pan „Retorykę podręczna, czyli jak wnikliwie słuchać i przekonująco mówić”. Retoryka to sztuka mówienia. Zatem nie każdemu jest dane taką sztukę posiąść?
No nie. Nie jesteśmy w stanie wszystkiego się nauczyć, ale wielu rzeczy - można. Wiele rzeczy można też po prostu poprawić. Trzeba wyobrazić sobie, że jesteśmy jakby trochę postaciami z komiksu, nad którymi unoszą się dymki z tekstem. W tym dymku możemy przekładać słowa tak, jak przekładamy elementy naszego świata, żeby było w nim ładniej, praktyczniej i przyjemniej.
Kto dla Pana jest autorytetem, jeżeli chodzi o mówcę?
Nie odpowiem Pani na to pytanie, dlatego, że ja uważam, że to jest niebezpieczne. Retoryka jest taką dziedziną, w której nie powinno się odwoływać się do wzorców. Przynajmniej współcześnie. Kiedyś starożytni uważali, że powinniśmy postawić przed sobą wzorzec, ideał i starać się do niego dążyć. Współcześnie rozumiana retoryka, taka, której ja chciałbym uczyć, polegać ma na dostrzeżeniu w swoim własnym języku, także języku ciała, tego, co może być skuteczne.
Na myśl mówca przychodzi mi do głowy polityk. Interesuje się Pan polityką?
Interesuję się, że tak powiem, po obywatelsku. No i interesuje mnie, acz nie przesadnie język polityki. Retoryka zawsze miała wymiar polityczny. Rozwija się ona tylko w warunkach demokratycznych. Mówienie o retoryce totalitarnej jest pewnym nadużyciem, bo zamiast argumentacją posługuje się siłą. Bardzo mnie niepokoją ci politycy, i te programy polityczne, które chcą zawładnąć dyskursem politycznym, którzy ucinają dyskusję, bo wiedzą lepiej. Takie zawładnięcie może się wszak skończyć przekreśleniem demokracji. A to będzie koniec retoryki.
Podręcznik, który Pani wspomniała, czyli „Retoryka podręczna” będzie w tym roku wznowiony. Do książki będzie dołączona także płyta DVD z animowanymi filmami wspomagającymi uświadamianie sobie retorycznego wymiaru języka i pomagającymi uczyć retoryki na różnych szczeblach.
Wisława Szymborska, której jest Pan sekretarzem, ukochała sobie Kraków, ale na pewno ma sentyment do wielu miejsc. Zresztą Jerzy Pilch w dokumencie nakręconym o niej powiedział, że ona jest przypisana do każdej przestrzeni.
Ona nie jest, że tak powiem, przypisana geograficznie. Nie chodzi na spacery na Wawel ani Kopiec Kościuszki. Nie ma tam swojej ulubionej kawiarni. Dla niej miejsca składają się z ludzi, nie z murów. Podróżuje raczej do ludzi, do dawnych przyjaciół, a nie do miejsc.
I nie lubi tez wyjeżdżać. Woli wracać. A Pan?
W przeciwieństwie do niej, lubię podróżować. Lubię być zaskakiwany przez nowe miejsca.
Wielbicielem jej jest m.in. Woody Allen, który ceni ją za poczucie humoru, dystans i dyscyplinę językową. A Pan, za co najbardziej ją ceni? Czym Pana ujmuje?
Mam takie wrażenie, że jestem starszy od niej. Łapię się na tym, że utraciłem taką dziecięcą ciekawość świata, którą ona ma. Na wszystko patrzy trochę z innego kąta niż reszta ludzkości. I to chyba sprawia, że jest poetką takiego formatu i rodzaju. A druga rzecz to jej język: zdumiewające jest to, że jej język codziennej komunikacji jest właściwie taki sam jak w jej poezji. Bardzo precyzyjny, wyważony i niezwykły. W poezji nikogo nie udaje. Mówi ze swojej perspektywy, swoim językiem.
Allen powiedział, że „ świat jest miejscem tragicznym, nie mam żadnych wątpliwości, że ludzie czynią go gorszym, niż mógłby być”. A w Pana oczach, jaki on jest?
Człowiek inteligentny podobno nie ma prawa być optymistą. To, co ten świat ratuje, to przyjaźnie, kontakt z innymi. Możliwość prowadzenia rozmowy. I wcale nie rozmowy nakierowane na jakiś cel. Rozmowa, która jest sama w sobie przyjemnością, zabawą para literacką.
Bycie pisarzem, to trudny zawód. Co zrobić, żeby być w tym zawodzie odnieść sukces?
Kiedyś zapytano Czesława Miłosza, jak to zrobić żeby być dobrym pisarzem. Odpowiem, zatem jego słowami po prostu mało chcieć.
Przeraża Pana wizja społeczeństwa, które komunikuje się ze sobą wyłącznie przez Internet?
Myślę, że nie należy przesadzać z tym przerażeniem. Jeśli narzędzie komunikacji staje się jej celem - to nie jest dobrze. Ale jeśli dzięki niemu dochodzi do komunikacji nawet w bardzo niesprzyjających np. geograficznie warunkach - to fascynujące. Ciekawe jest także, co się w tych nowych mediach dzieje z językiem. Niepokoi mnie tylko brak odpowiedzialności za słowo, wynikająca z anonimowości sieci. Przynajmniej pozornej...
Przyjaźni się Pan i współpracuje z wieloma muzykami. A jaka muzyka jest w Pana uszach?
Słucham sporo jazzu klasycznego, chociaż nie jestem jego znawcą. A jeżeli chodzi o muzykę poważną, to ja jestem również bardzo klasyczny, bo słucham Bacha. To jest taka muzyka, której się słucha, jak ma się jakiś trudny dzień, kiedy wydaje się, że wszystko się sypie. A po Bachu wszystko się układa, wszystko wraca na swoje miejsce.
Nie lubię mówić o emocjach. My Polacy za dużą wagę do nich przykładamy. To nie emocje decydują o tym, że jesteśmy ludźmi, ale sposób, w jaki sobie z nimi radzimy, jak robimy z nimi porządek, jak przekuwamy je w coś ważniejszego.
Czego cała redakcja i internauci orbitorun.pl mamy Panu życzyć?
Kiedyś pewien mój znajomy spotkał w Ameryce pewnego zamożnego człowieka, który na pytanie, czym się zajmuje, odpowiedział - niczym. I dodał: „Bo ja kiedyś napisałem taką piosenkę Mona Lisa i od tej pory już nic nie muszę robić”. Więc proszę mi życzyć, żebym napisał taką „Mona Lisę”... Chociaż pewnie wówczas i tak będę robił to, co robię do tej pory...
To jeszcze dorzucam do tego mnóstwo ciekawych, fascynujących ludzi na swojej drodze. I tych rozmów, o których Pan mówił, o rzeczach ważnych i nie…
I zaszczytem dla mnie była rozmowa z Panem.
Dziękuję.
sobota, 8 maja 2010
W cyklu "Artyści Torunia" – oko w oko z Małgorzatą Wojnowską- Sobecką rozmawia Ewa Gerbatowska.
Artystka - grafik, rzeźbiarz. Kobieta, która potrafi nadać marzeniom osoby, z którą rozmawia odpowiedni kolor, formę i kształt. Otwarta na ludzi i świat. Ciepła, delikatna i fascynująca. Taka właśnie jest Małgosia. Spotkałyśmy się pierwszy raz w życiu, a nie mogłyśmy się nagadać. Autorka ceramicznych postaci pogrążonych w lekturze - możemy je podziwiać na ul. Podmurnej.
Ewa Gerbatowska: Skąd pomysł na "czytaczy"? I jak wspominasz współpracę z Andrzejem Szmakiem?
Małgorzata Wojnowska-Sobecka: Czytający są pochłonięci innym światem, w którym dzięki książce się znaleźli. Są obecni - nieobecni. Zdecydowałam, że akurat ten temat podejmę mając do zagospodarowania kawałek muru na Starówce, bo Toruń to miasto szkół, więc ludzi zaczytanych. Od przedszkola (cała Polska czyta dzieciom) do uniwersytetu trzeciego wieku.
Książki, czytanie, to ważna część mojego życia. Dyrektor Szmak dał mi swobodę w zagospodarowaniu muru. Teraz trwają starania, by oprawa tej wnęki była ładna. Brudny ściana z grafitti nie tworzy klimatu "zakątka czytaczy". Projekt jest gotów, ale jego realizacja nie zależy ani od Biura Toruńskiego Centrum Miasta, ani ode mnie.
Masz wielkie osiągnięcia na swoim koncie? Które uważasz za najważniejsze?
Największy sukces mojego życia to…pogodzenie wychowania dzieci z wykonywaniem pracy, którą bardzo lubię.
Powiedziałaś sobie kiedyś, jak zrobię to i to, to mogę umrzeć?
W każdej chwili mogę umrzeć. Jestem na to gotowa od dawna, bo to znaczy dla mnie wolność.
Mówiąc życie masz na myśli…
Czas mi dany, ludzie na mojej drodze, wydarzenia, które mnie spotykają... Ja tylko mam coś z tym coś zrobić i robię jak umiem.
Jesteś artystką. Masz mnóstwo pomysłów? Realizujesz je wszystkie?
I to jest ten ból (śmiech). Za mało realizuję z tego, co mi po głowie chodzi. Obowiązek utrzymania rodziny jest na pierwszym miejscu, ale czasem spoglądam wstecz na wykonane prace na zlecenia i cieszę się, że je zrobiłam.
Masz hobby jak z "Amelii" - zbierasz kamienie.
Pamiątki moich myśli, odkryć. Biorąc je później do ręki przypominam sobie tę myśl.
Jako artystka realizujesz się także w czasie pleneru malarskiego na Barbarce. Czym są dla ciebie te spotkania?
Plener to czas, w którym artyści z różnych stron są ze sobą od rana do wieczora. Jest to nie tylko wymiana w obszarze twórczości, ale spotkanie osobowości. Bycie razem to więcej niż wspólne warsztaty.
Artyści są często rozdarci, roztargnieni, bywa, że zagubieni. Frustracja jest ci obca, czy nie?
Frustracja jest mi zupełnie obca, nie czuję się zagubiona, ale roztargniona jestem na pewno. Nieustannie myślę o aktualnym projekcie. Mnóstwo rzeczy potrafi mnie zachwycić znienacka. Pomysły wpadają mi do głowy czasem w nieoczekiwanym momencie. Zawsze szukam kluczy.
Może wpadają ci czasem do głowy pomysły odnośnie Torunia. Co byś tu zmieniła?
Myślenie. Po pierwsze: zamiast narzekać jak źle się dzieje trzeba robić swoje. Po drugie: Jak ktoś w końcu zacznie swoje robić to mu nie przeszkadzać. Chciałabym by dziennikarze częściej pisali o takich ludziach, by poza wspieraniem prywatnej działalności zaczęli także wspierać miasto. Toruń potrzebuje lobbingu. Także wśród swoich mieszkańców.
Kogo umieściłabyś w 5 najważniejszych mieszkańców Torunia?
Za piątką dostaw zero a skompletuję ci listę.
Współpracujesz z wieloma instytucjami w Toruniu. Zajmujesz się oprawą artystyczną wystaw w Muzeum Etnograficznym, projektujesz plakaty, ilustrujesz książki …
Projektuję logo, projektuję okładki do płyt muzycznych, projektuję, projektuję... ale też "ceramikuję" na zamówienie i dla siebie bo lubię, a potem sprzedaję, darowuję - wypuszczam w świat. Prowadzę też warsztaty ceramiczno - rzeźbiarskie.
Ważną rolę odgrywa w twoim życiu muzyka. Blues to największa miłość?
Jazz, Drum'n'Bass, muzyka poważna to moja muzyka. Blues to powrót do dawnej miłości. Przygotowując oprawę graficzną do I i II wydania "Antologii Polskiego Bluesa" odkryłam jak wiele świetnej muzyki jest w Polsce! To muzyka poezji i emocji od refleksji do porywającej radości. Wiem, że z bluesem już sie nie rozstanę.
Jak łatwiej jest się tobie wyrazić: przez rzeźbę, grafikę, czy muzykę?
W muzyce jestem odbiorcą. Muzyka mnie inspiruje. Rzeźba jest tym językiem, którym posługuję się najprawdziwiej.
Co innego jest dzisiaj w tej sztuce w porównaniu do lat poprzednich?
Rzeźba dzisiaj przestała być skostniała. Technologia pozwala na realizację najbardziej odjechanych pomysłów. Rzeźba to łączenie różnych materiałów, to przestrzenne aranżacje zmieniające sposób myślenia o rzeczywistości, to możliwość wkroczenia z poezją w codzienność miasta. Tylko, który zleceniodawca będzie tak odważny w Toruniu?
Wykładałaś rzeźbę na UMK w Toruniu. Tęsknisz za zajęciami?
Wykładałam krótko (3 lata) na kierunku edukacja artystyczna. Bardzo lubię uczyć, lubię obserwować zmiany myślenia "płaskiego" na "przestrzenne"i cieszę się z obustronnej inspiracji, jakie dają zajęcia z młodzieżą. W każdym roczniku są tacy studenci, z którymi do dziś rozmawiam, gdy spotkamy się przypadkiem.
Jak zapatrujesz się na konflikt toruńśkich artystów z urzędnikami.
Po kilku spotkaniach w ramach debaty o ESK mam jedną refleksję: Nie można tylko krytykować. Trzeba zaproponować jakąś alternatywę. Myślę, że cel mamy wszyscy ten sam. Chcemy, by nasze miasto było ciekawe i inspirujące nie tylko dla turystów, ale i dla nas. Kiedy człowiek ma dobry pomysł to robi to sam. Ale kiedy pomysł już działa potrzebne jest wsparcie. Tu rola np. dziennikarzy. Informacja, co dobrego w Toruniu się dzieje, wzmacnia argumentację w relacjach z urzędnikami.
W Toruniu są niezwykli ludzie. Dla ciebie nimi są…
Ewa, Wojtek, Asia, Zbychu, Harald, Szymon, Małgosia, Antek, Łukasz, John....Oni mają energię, pasję, są otwarci i myślą.
Spotykam pana, który prowadzi Informację Turystyczną i on mi opowiada, z jakimi pytaniami przychodzi do niego turysta i to już mnie fascynuje. On nie tylko musi wiedzieć, co turysta powinien zobaczyć w Toruniu, ale potrafi polecić najlepszy sklep z wodą kolońską.
W grodzie Kopernika jest kilka miejsc, o których nie wiedzą na pewno przechodnie na ul. Szerokiej, a chadzają tam na pewno artyści.
Dla mnie jest to "Zez", czyli klub Zezowate Szczęście. Lubię spacerować wokół Zamku Krzyżackiego, fosą do Podmurnej, dalej Ciasną, św. Jana i nad Wisłę w dół rzeki…
Fantastyczne miejsce to także klub eNeRDe. Pamiętam jak przyjechali do nas artyści z Holandii. Zajrzeliśmy do wielu klubów w Toruniu, ale dopiero, kiedy prześlijmy przez próg eNRD nasi goście powiedzieli: "To jest to!".
Toruń pachnie dla ciebie...
Magnoliami…Chociaż nie... Toruń pachnie dla mnie wilgotnym brukiem i piwnicami. Brzmi to pewnie dziwnie, ale ja lubię ten zapach.
Jakich imprez nie opuszczasz nigdy w Toruniu?
Jazzowych. Do tego festiwale - muzyczna Probaltica i teatralny Kontakt.
Kogo chciałabyś spotkać na swoje drodze?
Kogoś, kto nie boi się być prawdziwy.
To tego Małgosiu ci życzę.
O artystce.
Urodzona w Wąbrzeźnie. Studia na Wydziale Sztuk Pięknych UMK w Toruniu. Dyplom w pracowni rzeźby prof. Adolfa Ryszki w 1984 roku. Od 1992 roku zajmuje się również grafiką komputerową. Bierze udział w plenerach interdyscyplinarnych, wystawach zbiorowych
(w Toruniu, Barlinku, Poznaniu, Koszalinie, Warszawie, Pradze, Brukseli). Prace artystki znajdują się w zbiorach indywidualnych.
Małgorzata Wojnowska - Sobecka o sobie:
„Rzeźba ceramiczna, którą ostatnio się zajmuję jest fantastyczna przez swoja wielowątkowość. Łączy w sobie myślenie trójwymiarowe z kolorem, rysunkiem, ażurem. I ta harmonia tylu dyscyplin jest fascynująca. Może dlatego grafiki, które tworzę równolegle są tak bliskie temu co robię w ceramice. Rysunek piórem elektronicznym, rysunek ręczny, kolor, przeźroczystości plus -wydaje się - coraz większe możliwości komputera, które odkrywam nieustannie powoduje, że czuję nie tyko twórcą ale i odkrywcą.”
1984-1986 - cykl płaskorzeźb „Drogi Krzyżowej”, Kraków
1985 - wyróżnienie dla „Kompozycji” w ogólnopolskim konkursie na „Nową książkę dla dzieci i młodzieży”, Poznań
1986 - udział w VI Biennale Sztuki dla Dzieci, Poznań
1986 - wystawa „Polskie ilustracje”, Praga
1989 - udział w zbiorowej wystawie „Tumult”89”, cykl „Ścinki”
1998 - wyróżnienie za kalendarz plakatowy na ogólnopolskim przeglądzie Wydawnictw Reklamowych Vidical”98, Warszawa
1999 - nagroda za kalendarz plakatowy w konkursie wydawnictw reklamowych European Design Annual 4
1999 - udział w Międzynarodowym Sympozjum Projektantów „Mediateca” na zaproszenie Uniwersytetu w Brasov, Rumunia
1999 - udział w Międzynarodowym Sympozjum Projektantów „Mediateca” na zaproszenie Uniwersytetu w Brasov, Rumunia
2006 - wykonanie figury św. Barbary - Barbarka
2008 - wykonanie rzeżb ceramicznych "Czytacze" umieszczonych na murach miejskich Torunia
Jest sekretarzem Związku Polskich Artystów Plastyków Polskia Sztuka Użytkowa.
piątek, 7 maja 2010
Czy czegoś w swoim życiu żałuje? Co dla niego jest męskie? Dlaczego woli Zauchę od Niemena? – oraz na wiele innych pytań odpowiedział Ewie Gerbatowskiej Sławek Uniatowski.

Ewa Gerbatowska: Jakiego pytania nikt ci nie zadał, a powinien?
Sławek Uniatowski: Z reguły ludzie pytają o wiele rzeczy. O dziewczyny…a nie o muzykę.
Jeżeli mam być znany to jedynie z tego, że istnieję w branży muzycznej.
Zatem zacznijmy od muzyki. Mówisz o sobie, że grasz smooth jazz, smooth pop. To jeden z wielu podgatunków jazzu, który charakteryzuje się dużą dowolnością interpretacyjną, aranżacją oraz tendencją do improwizacji. Kochasz jazz…
Zawsze lubiłem jazz, ale nie jestem stricte jazzmanem, bo nie jestem ani Możdżerem ani Hołownią.
Jazz to jest określenie, które zawiera w sobie mnóstwo tematów.Są gatunki jazzu, które nawet nie brzmią jak jazz. Ja mam swój własny klimat. Mam w sobie melancholijność. Lubię nostalgiczną muzykę.
Najbardziej wiarygodnymi emocjami w życiu człowieka są łzy. Śmiać się każdy potrafi. Kocham muzykę, która wywołuje dreszcze. Uwielbiam wzruszać ludzi.
Według niektórych muzykologów jazz jest raczej formą interpretacji niż stylem muzycznym.
James Lincoln Collier wyróżnia trzy podstawowe atrybuty jazzu: swing- jego istotną funkcję ekstatyczną i kod indywidualny.Jaki jest twój kod, dzięki któremu możemy zidentyfikować ciebie jako wykonawcę?
Jestem sobą i poprzez muzykę wyrażam swoje emocje… Jestem po prostu Sławkiem Uniatowskim.
Myśląc o swojej grze masz na myśli jeden z podstawowych instrumentów, czyli fortepian? Upodobałeś go sobie najbardziej?
Kocham fortepian, gitarę, ale najbardziej uwielbiam śpiewać z big bandem. To brzmi fantastycznie, amerykańsko.
Jesteś młody, ale czy żałujesz czegoś? Pomyślałeś kiedyś, że gdybym zrobił to i to, to by wszystko potoczyłoby się inaczej.
Pewnie, że tak. Każdy z nas żałuje jakiejś decyzji. Generalnie jest ok., ale gdybym startował w programie „Idol” 5 lat wcześniej, to wszystko prawdopodobnie wyglądałoby inaczej.
Czyli w programie „Big Rother” nie wziąłbyś udziału?
Zdecydowanie nie. Jestem muzykiem. Miałem propozycję wzięcia udziału w wielu programach typu reality show np. „Gwiazdy tańczą na lodzie”. Mnie to nie interesuje. Jeżeli ktoś idzie do programu typu Idol, to chce pokazać, że potrafi śpiewać. I trzeba widzieć tę różnicę między programami typu „Big Rother” a „Idol”.
Zająłeś drugie miejsce w IV edycji Idola. Zmieniłeś w nim swój wizerunek. W jednym z wywiadów ktoś nawet zapytał cię, czy zrobiłeś sobie trwałą.
Kręcone włosy mam z natury. Styliści mi je prostowali.
Wygrał Maciek Silski …
To dobrze, że tak właśnie się stało. Ja miałem wówczas 21 lat, on 28. Nadal by pewnie siedział w Szczecinie. Teraz nagrywa drugą płytę. Ma naprawdę fajny głos. Maciek nie jest tylko rokowym wokalistą. Jest uniwersalny. Najlepsi wokaliści są uniwersalni. Taki jest np. Andrzej Lampert. W 2007 roku w Opolu każdą zwrotkę „Anny Marii” zaśpiewał inaczej i zrobił to fantastycznie. W muzyce nie ma półśrodków. Albo robi się coś bardzo dobrze, albo wcale.
Współpracowałeś z wieloma osobami…
Z wieloma muzykami z Polski, ale i osobami ze Stanów takimi jak: Matt Noble, Keith Brown, Jud Friedman, który napisał piosenkę „Run tu you” do filmu Bodyguard. Powstała też piosenka „Stay” w współpracy z Brianem Allanem i Stevem Dorff’em.
Wiesz, tych osób można wymienić wiele, bo jak jest się już w branży muzycznej, to wcześniej czy później trafia się na odpowiednich ludzi i wówczas w sposób naturalny zaczyna się współpracę.
Lubisz filmy o gangsterach. Ja zresztą też.
Poza muzyką najbardziej cenię kinematografię. Filmy Giuseppe Tornatore, Woody Allena, starsze dzieła Spielberga, Zemeckisa etc. To są moje klimaty.
Zawsze marzyłem, aby pisać muzykę filmową. Uwielbiam Morricone, Williamsa, Desplata, Tiersena i wielu innych genialnych kompozytorów muzyki filmowej.
Nagrałeś piosenkę do filmu na podstawie powieści Katarzyny Grocholi.
Pewne radio, bardzo znane stwierdziło, iż piosenka nie może trwać dłużej niż 3.20 min. i wycięto z niej najlepszą część, tak zwany brigde…Bardzo tego żałuję. Boli mnie, że nie mogę wydać tego, co mi się najbardziej podoba.
Teraz mam swój zespół Uniatowski Project i jestem zadowolony, bo gram własną muzykę. Niebawem nasz koncert w Toruniu.
Miejsce w Toruniu, które kochasz?
Ogólnie lubię Starówkę. Jak kiedyś wracałem po kilkunastu tygodniach do Torunia, to przejeżdżając przez most Piłsudskiego robiło mi się ciepło na sercu. Jest to dla mnie zawsze wzruszające po długim wyjeździe. Przypominają się lata dzieciństwa...
A jeżeli chodzi o klub w Toruniu, to zdecydowanie eNeRDe. Tam mam swoich przyjaciół. Doskonale ich rozumiem, bo też mają swoje aspiracje i próbują ten swój artyzm pokazać.
Kilka dni temu puszczałem nawet tam swoją ulubioną muzykę. Tam czuję się jak u siebie w domu.
Zatem cieszysz się, że lokal nie został zamknięty.
Ten klub jest dla mnie bardzo ważny. Dzwoniłem do wielu znajomych redaktorów ze stolicy, aby o nim pisali.
Kiedy mężczyzna według ciebie jest męski? ( śmiech)
Facet najbardziej jest męski, kiedy jest spełniony. Kiedy potrafi szczerze kochać. Ja poczuję się naprawdę męski, kiedy wydam swoją płytę, którą sobie wymarzyłem.
W jednym ze swoich programów Kuba Wojewódzki powiedział, że nie jesteś ładny, bo nie jesteś do niego podobny. Maryla Rodowicz, że jesteś zdolny, wysoki, utalentowany. Jak wspominasz współpracę z Marylą?
Nie oglądam tego programu, a Marylka jest cudowną, nowoczesną kobietą. Chcę mieć kiedyś ponad sześćdziesiąt lat i szaleć z gitarą na scenie tak jak ona.
Czasami wiele zależy w naszym życiu od tego, kogo spotykamy na swojej drodze. Kto w Toruniu miał największy wpływ na ciebie?
Dla mnie najważniejszą osobą w Toruniu był Grzegorz Ciechowski.
Pamiętam jak w dniu, kiedy był operowany wróciłem nad ranem do domu. Nagle w radiu usłyszałem wiadomość, że zmarł. Wkurzyłem się niesamowicie. Kopnąłem nogą w ścianę. Byłem wściekły. To zdarzenie było po prostu jednym z najbardziej traumatycznych w moim życiu. Grzegorzowi bardzo podobało się to jak śpiewam i gram. Wiem, że gdyby żył, to byśmy wspólnie na pewno coś stworzyli. Nie był genialnym wokalistą, instrumentalistą, ale był dobrym flecistą i wspaniałym poetą i kompozytorem.
Potrafił wzruszać swoimi tekstami, muzyką. Nie ma w Polsce zbyt wielu takich ludzi.
Zatem jakich wokalistów polskich uwielbiasz?
Zdecydowanie Andrzeja Zauchę. Zresztą ja też mam wiele z niego. Tak jak on jestem multiinstrumentalistą, też śpiewam różne gatunki. Niczego się nie boję. Operuję swoim głosem w przeróżnych kierunkach. Czesław Niemen to zupełnie inna bajka. Był niezwykły, ale nie potrafił tak jak Zaucha odnaleźć się w każdym rodzaju muzyki. Andrzej Zaucha to dla mnie najlepszy wokalista w historii polskiej muzyki rozrywkowej.
Na czym ci najbardziej zależy w życiu?
Na takim światełku w tunelu, którym są moi fani. To oni dają mi siłę w tym wszystkim. Aby było jak najwięcej ludzi z duszą i pasją tworzenia.
Śpiewałeś covery w toruńskich klubach?
Grałem prawie wszystko, o co mnie poproszono. Najróżniejsze gatunki od utworów z repertuaru Franka Sinatry po Pink Floyd itd. Zawsze lubiłem grać covery. Zresztą tak wyglądały jeszcze kilka lat temu moje koncerty. Teraz gram swoje utwory i bardzo się w tym spełniam, ale tamte nadal lubię. Piosenki z dzieciństwa wywarły na mnie duży wpływ. Pamiętam nawet zupełnie kiczowate piosenki z lat 80-tych.
Chylińska w wywiadzie u Szymona Majewskiego przyznała się, że kochała Papa Dance. Wstydzisz się tego, czego kiedyś słuchałeś?
Nie. Ja nigdy żadnego badziewia nie słuchałem. Miałem w domu różne kasety italo disco, disco polo etc. ale nigdy ich nie słuchałem.
Pożyczałem od starszego rodzeństwa moich kolegów różne kasety. Gdy miałem 8 lat, moi rówieśnicy słuchali Majki Jeżowskiej, Fasolek, Natalki Kukulskiej, a mnie kręcił Jackson, Floydzi, Queen, Simon & Garfunkel, Oldfield, Vangelis i Beatlesi.
A Papa Dance?
Ma swój urok. Świetny kicz. Przyjemnie tego posłuchać. Papa Dance ma swój urok.
To naprawdę fantastyczni faceci. U Pawła Stasiaka bywałem na urodzinach, które wyprawiane były w warszawskiej Klubokawiarni.
Kombi jest niesamowitym zespołem. Ich teksty nie są najgorsze. Mają na siebie sposób. Co prawda w muzyce panuje obecnie podejście bardziej komercyjne. Nikt już nie pisze piosenek takich jak „Czas nas uczy pogody”, bo „każde pokolenie ma własny czas”.
Muzyka jest pisana z nastawieniem, że ludzie będą do niej tańczyli. Poza tym, piosenka musi mieć odpowiednią długość. Na przykład „Bohemian Rhapsody” dzisiaj nie byłaby hitem, bo ma przeszło sześć minut. Dzisiaj żadna stacja radiowa by jej nie zagrała i to jest straszne. Zresztą żeby jakaś piosenka zaistniała w radiu to trzeba najczęściej oddać 50% swoich praw autorskich. Tak się nie dzieje w żadnym innym cywilizowanym kraju.
środa, 5 maja 2010
O muzeum, o wojnie bydgosko-toruńskiej, o Toruniu i nie tylko, z Hubertem Czachowskim, dyrektorem Muzeum Etnograficznego im. Marii Znamierowskiej - Prüfferowej rozmawia Ewa Gerbatowska.
fot. Kuba Kopczyński
Ewa Gerbatowska:Muzeum Etnograficzne w Toruniu to miejsce, które pozwala nam odpowiedzieć na pytanie...
Hubert Czachowski: Kim jesteśmy? Dlaczego świat wygląda tak a nie inaczej? Próbujemy pokazać tę placówkę jako ciekawe miejsce, gdzie widz może przyjść i doświadczyć bardzo zaskakujących tematów, inspiracji. Zresztą taka też była, taka jest etnografia, czyli jak to się dzisiaj dokładnie mówi etnologia. Wszystkie tematy, które proponujemy widzom dotykają nas samych, otaczającej nas rzeczywistości, próbują ją wyjaśniać i interpretować. Z taką wiedzą etnologiczną, antropologiczną wyuczoną przez nas na studiach, spotykamy się wszyscy, tylko ludzie sobie tego nie uświadamiają.
Ale czego etnografia tak naprawdę dotyczy?
Dotyczy naszej tożsamości. Refleksji nad naszym życiem., naszej kultury. Odkrywa wiedzę o naszych zachowaniach – dlaczego robimy coś w taki, a nie inny sposób. Dlaczego tak się ubieramy? Skąd wynikają nasze sposoby jedzenia, przyjmowania gości? Dlaczego coś uznajemy za normalne, a co nas dziwi? To wszystko, to jest etnologia. To wszystko chcemy ludziom wyjaśniać i tłumaczyć. Ale i otwierać na takie współcześnie niezwykle istotne zagadnienia jak: poszanowanie dla odmiennych zachowań. Chcemy pokazać wartości, jakie są w innych kulturach, które nieraz wydają się nieprzystawać do naszych własnych odczuć.
To jest dla nas ważne. Nasza działalność edukacyjna zmierza w różnych kierunkach i jest realizowana na róznych płaszczyznach. Skierowana do różnych grup wiekowych i społecznych.
Taka jest nowa wystawa „Tajemnice codzienności” to niezwykła ekspozycja, którą można obierać na różnych płaszczyznach.
Wciąga, edukuje i inspiruje. W 99 proc. jest też dostępna dla osób niepełnosprawnych. Nie ma w niej barier typowych dla muzealnych wystaw. Sposób ekspozycji jest otwarty – pomimo rodzących to problemów konserwatorskich i technicznych. Chodzi o to by wystawy były współczesne i konkurencyjne.
Dzięki „Tajemnicom codzienności” możemy się znaleźć w zupełnie innym miejscu. To bardzo ciekawe doświadczenie. Zapraszam serdecznie wszystkich.
fot. Marian Kosicki
Niedługo będziecie też realizować projekt skierowany do osób niepełnosprawnych. Dzisiaj więcej się mówi o tych osobach. Wreszcie się je widzi!
Nasi pracownicy z Działu Edukacji już wiele lat temu wypracowali bardzo ciekawe formuły pracy właśnie z osobami niepełnosprawnymi. Powstały specjalne programy, szkolenia, warsztaty imprezy. W 2005 roku Muzeum za imprezę „Rosło drzewo duże” dla osób niewidomych i niedowidzących zdobyło wyróżnienie w konkursie ministerialnym. Ta gama jest ogromna szeroka i co chwilę wymyślamy inne formy angażowania osób niepełnosprawnych.
Patrząc na stronę internetową muzeum można swtierdzić, że zależy wam na dotarciu do współczesnego widza.
Dzisiaj wszystko jest wypierane przez elektroniczne środki przekazu. Dlatego ta nasza strona wygląda inaczej. Jest wyrazista i zapada w pamięć.
Waszym głównym atutem jest jednak miejsce. Chyba nie ma drugiego takiego Skansenu w Europie?
To jest ewenement nie tylko na skalę europejską, ale i światową. Łączymy dwa rodzaje muzeum - muzeum pawilonowe z parkiem etnograficznym.
Przez 40 lat istnienia tego parku w centrum miasta udało nam się je docenić i wyeksponować. To zderzenie dwóch różnych światów: miasta i wsi. W jednym momencie możemy znaleźć się w innej rzeczywistości.
A dla Pana, czym jest muzeum?
Odpowiem może tak trochę przekornie. Jak studiowałem etnologię, to muzeum jawiło mi się jako miejsce ostatnie, gdzie powinienem trafić (śmiech). Natomiast w tej chwili, po tych 20 latach pracy tutaj stwierdzam, że to jest to niezwykła przygoda i wyzwanie intelektualne. Zwłaszcza, kiedy się widzi pozytywny odbiór ludzi. Muzeum często postrzega się stereotypowo, jako miejsce, gdzie szmatką przeciera się zakurzone eksponaty. A naprawdę to jest miejsce pełne dynamiki i niezwykłych wyzwań. Trzeba być przygotowanym na bardzo skomplikowane, różne formy działań. To jest fascynujące.
Co Pan myśli o przeniesieniu Skansenu w inne miejsce? Padł taki pomysł na portalu orbiTorun.pl.
Muszę rozczarować Pana Dawida Kwiatkowskiego. Ten pomysł nie jest nowy. Jest tak stary jak pomysł umiejscowienia tutaj tego muzeum. Już wówczas pojawiły się głosy krytyczne. Zorganizowanie muzeum w centrum było „szalonym” pomysłem, ale zdał on w 100% egzamin.
Mam nadzieję, że owe szaleństwo przyniesie tylko dobre owoce.
Można przenieść nasz park etnograficzny, ale wtedy będzie on jednym z wielu podobnych parków w Polsce. Jego atrakcyjność spadnie w porównaniu do tego, co oferuje w tej chwili. A o kosztach już nie chcę mówić. Zresztą budowa kolejnego hipermarketu w centrum nie jest nikomu potrzebna.
Tutaj jest miejsce tak inne i tak niecodzienne, że w naszym wspólnym interesie jest o nie dbać i je promować.
W Gdańsku na jednym z plakatów widnieje napis: „Odważ się wejść do muzeum”. A co Pan robi, aby zachęcić mieszkańców Torunia do odwiedzenia placówki?
Działamy na kilku płaszczyznach. Dbamy o nasz kontakt z internautami. Drukujemy ulotki, informatory. Zatrudniliśmy też osobę, która zajmuje się reklamą. Wydajemy ciekawe pozycje książkowe. Szykuje się nowa pozycja na temat regionalnej kuchni. W planie mamy wiele innowacyjnych przedsięwzięć.
Dzisiaj jest moda na pisanie blogów. Jest taki ciekawy blog- muzeoblog…
Doceniamy te nowe formy komunikacji społecznej. Reagujemy na nie szybko. Jako jedno z pierwszych muzeów w Polsce weszliśmy w świat portali społecznościowych. Mamy świadomość, że w tej chwili w taki sposób świat przekazuje sobie informacje. Widzimy potrzebę, aby w przestrzeni wirtualnej istnieć.
W Toruniu mamy dysonans między światem artystycznym a urzędniczym. Co pan myśli o ostatnich konfliktach?
Ja się zawsze czułem człowiekiem dialogu. Strasznie nie lubię wyolbrzymiania spraw typu: jeden pan powiedział to, a drugi powiedział tamto. To dyskusja trochę o niczym. Staram się nie uczestniczyć w tego typu przepychankach.
Macie założone konto na orbitorun.pl. Jak zapatrujecie się na propozycje mieszkańców?
Bardzo chętnie podejmujemy współpracę z różnymi fundacjami i instytucjami pozarządowymi.
Chciałbym mieć kontakt z różnymi grupami, bo kontakt z wieloma środowiskami uczy nas innego patrzenia na świat. Dzięki temu łatwiej o kompromis. Zamykanie się w jakimś jednym towarzystwie zawsze ogranicza. Zamyka na to co nowe.
Wiele mieszkańców zarzuca, że w muzeum jest mało miejsca. Nie można tu organizować dużych imprez.
Nie zgadzam się z tym. Mamy przecież amfiteatr, w którym odbywają się koncerty i różnorodne pokazy.
A park etnograficzny – pamiętajmy o tym - to miejsce ekspozycji muzealnej, miejsce dużego ryzyka. Nie można tutaj robić imprez masowych, bo naszym nadrzędnym celem jest ochrona zabytków. Tak jest we wszystkich muzeach na świecie.
W Toruniu dużo mówi się o współracy między artystami i animatorami. Z jakimi instytucjami najlepiej wam się współpracuje?
Bardzo dobrze z Centrum Sztuki Współczesnej, wbrew pozorom wydawałoby się bardzo odległej tematycznie jednostce. Ale i z Wojewódzkim Ośrodkiem Animacji Kultury, Galerią Sztuki Wozownia, Muzeum Uniwersyteckim – można wymieniać wiele.
A jak zapatruje się pan na kandydowanie Bydgoszczy o tytuł ESK?
Bydgoszcz jest samodzielnym bytem. Nie znam, co prawda kulisów wielu rozmów, więc trudno mi coś jednoznacznie stwierdzić. Na razie mamy duże zamieszanie. Dziwię się tylko, że teraz obie strony mają do siebie pretensje – przecież było tyle czasu na porozumienie. Za dużo chaosu w tym wszystkim.
Dobrze jest budować własną tożsamość, ale źle, gdy buduje się ją w opozycji do wymyślonego wroga. Konflikt toruńsko-bydgoski – dla mnie jako etnologa – jest zrozumiały, ale osobiście mnie smuci. Jeżeli rozwija się on na poziomie kibiców i nie przybiera form bandytyzmu to wszystko w porządku. Ale wśród elit politycznych, artystycznych, akademickich? Zaskakujące są dla mnie rozmowy o tym czy marszałek ma być z Bydgoszczy czy z Torunia. Dla mnie polityk powinien być kompetentny.
Czego Pan życzy mieszkańcom Torunia?
Niech korzystają z wszystkiego, co Toruń im oferuje. Niech cieszą się z tego i za często nie narzekają. To nie tak, że wszystko musi się im podobać. Krytyka powinna iść jednak w parze z otwartością.
Podróżując po świecie zauważył Pan coś, co chciałby przenieść do Torunia?
Powinniśmy realizować własne pomysły. Nawet tak szalone, jak ten – 50 lat temu - ze skansenem w centrum miasta. Takie idee rozwijają. Nie warto powielać czyichś pomysłów, warto ryzykować. Lepiej iść chyba w tym kierunku.
Toruń to miasto, w którym gotyk jest na dotyk, ale i nie tylko. To miasto niezwykle ciekawych, znamiennych osób. Kogo by Pan umieścił w pierwszej piątce najważniejszych mieszkańców Torunia?
Postawię na artystów. Adam Nowak i Mariusz Lubomski…. Cenię ich twórczość. Jest wielu niekonwencjonalnych plastyków, np.: Wiesław Smużny, Marian Stępak, Iwona Liegmann. Ciekawych osobistości u nas nie brakuje, można takich piątek zestawić kilkanaście…
Toruń to dla Pana miasto…
To miasto nieustającej podróży. Nie jestem z Torunia. Ciągle się czuję jakbym niedawno tu przyjechał. Mam więc taką inną perspektywę patrzenia na to miasto.
Wiele Pan wie o historii Torunia. W jaki sposób pokazuje Pan miasto swoim gościom?
Mam taką ulubioną trasę, którą przejeżdżam z gośćmi. Wjeżdżam Bramą Mostową, potem skręcam w prawo, jadę wokół Dworu Mieszczańskiego – kocimi łbami obok Domu Muz, potem w górę ul. Podmurną. Następne etapy to ul. Cisna, Bankowa i meta przy Krzywej Wieży.
Jak to napiszę, to telefon ze Straży Miejskiej murowany...
W każdym razie wiem, że tak nie można, ale tak robiłem i bardzo to się podobało (śmiech).
W Rzymie funkcjonariusze są bardziej wyrozumiali. Wąska uliczka, stoliki stojące przy murach kamienic, samochody, piesi... Przecież niekoniecznie trzeba rozpatrywać wszystko w kategoriach: dozwolone-zakazane. Najważniejsze to mieć też poczucie humoru. W Toruniu czasem go brakuje. Nasze miasto żyje turystami, więc przynajmniej dla nich powinniśmy być wyrozumiali.
fot. Marian Kosicki
strona muzeum: http://www.etnomuzeum.pl/
sobota, 2 stycznia 2010
Mikroprzedsiębiorca roku 2009.
Jest czwartek 7.32. Pogoda tajemnicą, ale dzień zapowiada się i tak naprawdę fantastycznie.To właśnie dzisiaj mam przyjemność uczestniczyć w uroczystości wręczania nagród V edycji konkursu o tytuł MIKROPRZEDSIĘBIORCA ROKU 2009.
Pamiętam ten dzień doskonale, jak siedziałam do późna i o godzinie 23.55 wysyłałam projekt.
Praca nad nim była dla mnie wyzwaniem, ale i ogromną przyjemnością.
Tegoroczny zwycięzca firma NEXWELL z Wrocławia musiała pokonać 246 mikroprzedsiębiorców. Zwycięzca naprawdę mi zaimponował. To młody, zdolny i pełen pasji chłopak. Co prawda na swoje zwycięstwo pracował nie tylko on sam, ale potrafił znaleźć ludzi, którzy uwierzyli w niego i chcieli zbudować coś razem z nim.
Było mi niezmiernie przyjemnie patrzeć na uśmiechnięte twarze zwycięzców. Na ten blask w oku i rumieńce na twarzy.
Nie zwyciężyliśmy, ale wierzę w jedno - jeżeli ma się pasję, kocha się to, co się robi, jest się pracowitym i zaangażowanym to prędzej, czy później odniesie się sukces.
Myślę, że tajemnicą są te odpowiednie proporcje, no i oczywiście odrobina szczęścia.
Ale wracając do uroczystości.
Powinnam w zasadzie zacząć od Pana Andrzeja Olszewskiego- Dyrektora Muzeum Żywego Piernika, bo to on jako zwycięzca jednej z edycji tego konkursu zachęcił nas do wzięcia w nim udziału.
Dzięki niemu zainteresowaliśmy się działającą od 1996 roku Fundacją Kronenberga przy Citi Handlowy. Fundacja wspiera w imieniu Banku liczne prace na rzecz dobra publicznego dotyczące m.in. rozwoju lokalnego.
Muszę przyznać, że bezpośredni kontakt z zarządem zrobił na mnie ogromne wrażenie.
Uroczystość rozpoczęła się w Sali Notowań New Connect w gmachu Giełdy Papierów Wartościowych o godzinie 11.00 powitaniem Wiceprezesa Zarządu City Handlowy Pana Michała H. Mrożka, oraz zaskakującym raportem o sektorze polskiej mikroprzedsiębiorczości przygotowanym przez Fundację współpracującą merytorycznie z Microfinanse Centre.
Raport w skrócie przedstawił Grzegorz Galusek, dyrektor Microfinance Centre. Badanie przeprowadzono na próbie 500 mikrofirm przez Pentor Research International. Z badań wynika, że aż 44% mikrofilm spodziewa się, że liczba barier prawno-administracyjnych dla rozwoju mikroprzesiębiorczości w nadchodzącym roku będzie wzrastała. A około 60% ankietowanych już dzisiaj potwierdza istnienie takich barier i wskazuje je jako główne przeszkody utrudniające rozpoczęcie działalności gospodarczej.
Badania wskazują też, że aż 79 % badanych zakładając własną firmę skorzystało z własnych oszczędności. Zatem znaczna większość dzisiejszych przedsiębiorców nie ma przekonania do korzystania z zewnętrznych form finansowania, jakimi są pożyczki i kredyty.
Liczba aktywnych przedsiębiorstw mikro wynosi obecnie 1.713.194, a wskaźnik przeżycia nowo powstających firm waha się w granicach 66%.
Po prezentacji badania pt.„Bariery rozwoju mikroprzedsiębiorczości w Polsce” odbyła się ciekawa dyskusja panelowa, której przewodniczył Robert Lidke- Redaktor Naczelny Gazety Prawnej. W dyskusji wzięli udział:
Krzysztof Jaczewski-Prezes Funduszu Mikro, Joanna Zalewska-Kierownik serwisu Firma.pl, Leszek Staniej- Wiceprezes Stowarzyszenia Inicjatywa Firm Rodzinnych, Krzysztof Łabowski-Dyrektor Departamentu Małych i Średnich Przedsiębiorstw w City Handlowy i Wojciech Szczurek- Prezydent Gdyni.
Rozmówcy podkreślali znaczenie małych przedsiębiorstw i rozmawiali na temat narzędzi ułatwiających zakładanie nowych firm. W sumie pozytywnie ocenili perspektywy rozwoju tego sektora.
Moją uwagę zwrócił szczególnie Wojciech Szczurek-Prezydent Gdyni. To osoba niezwykle prężna i zaangażowana w rozwój swojego regionu. Takiego Prezydenta Miasta naprawdę można gdańszczanom pozazdrościć.
Po projekcji równie ciekawego filmu przedstawiającego wszystkich laureatów miałam przyjemność porozmawiać na wieńczącym wręczanie nagród bankiecie Panią Katarzyną Przybyłą- dziennikarką Gazety Prawnej. Spotkałyśmy się przypadkiem w autobusie. I takich miłych zbiegów okoliczności życzę Państwu, jak najwięcej.
Miejmy nadzieję, że ten spowolniony rozwój gospodarczy, nie dotknie nas aż tak znacznie.
Wszystkim przedsiębiorcom życzę znacznej hossy i odrobinę mniej prawno-administracyjnych barier.
Ewa
sobota, 19 grudnia 2009
KAWA z MUCHAMI.pl- relacja ze spotkania.
Kilka minut temu wróciłam z przepysznej kawy. Miałam niezwykłą przyjemność poznać dzisiejszego wieczoru dwóch mężczyzn- Huberta Chmielewskiego i Pawła Lipińskiego, autorów Kawy z muchami.pl. Mężczyzn fantastycznych i jakże różnych.
Podekscytowana popijam gorące i gęste cappuccino i nie wiem, od czego tu zacząć.
Z takimi mężczyznami można przegadać całą noc! Panowie, jak ja bym chciała znaleźć się z wami przy ogromnym drewnianym stole w słonecznej Toskanii jak u Ridley’a Scotta w Dobrym roku.
W tle francuska muzyka, a na stole butikowe wino. Hmm…rozmarzyłam się.
Houston mamy problem! Ewa nie może wrócić na ziemię. Jakie ja masz szczęście, że spotykam takich mężczyzn na swojej drodze. A wieczór zakończyłam rozmową z osobą, która podziwiam. To szef toruńskiego Radia Plus Mateusz Pejas. Niezwykły szef i mężczyzna.
Bardzo się cieszę, że mogłam tak szczerze i otwarcie porozmawiać z Hubertem i Pawłem.
Wszystkiego na blogu nie zdradzę, ale uwierzcie, że Panowie zdradzili mi kilka swoich sekretów. Słodkich sekretów.
W połowie książki miałam w głowie zupełnie inne pytania do autorów książki, ale po przewróceniu ostatniej kartki wszystko się zmieniło. Czuję niedosyt. Cieszę się, że autorzy pracują dalej nad drugą częścią losów bardzo bliskich mi bohaterów. Pewne sytuacje bardzo mnie poruszyły, co ucieszyło autorów. To książka szczera. I to się da wyczuć.
Wiem już, kto z nich jest Igorem, a kto Miodkiem. Igor rzeczywiście spędził kilka miesięcy na Florydzie i jest naprawdę fantastycznym facetem. A Miodek to mężczyzna równie intrygujący, jak jego przyjaciel. Mam nadzieję, że poznam jeszcze Damiana, bo mieszka w Toruniu. Rozmowa była dla nas w pewnym momencie niezwykle intrygująca. Przy stole dwie kobiety i dwóch mężczyzn. Ech… było słodko!
Przed sobą mam jeszcze obraz poruszonego Pawła Lipińskiego, który mówi do Huberta: a nie mówiłem, że jeszcze są takie kobiety! A nie mówiłem! Oczywiście, że są Panie Pawle.
Książkę czyta się świetnie. Spędziłam z nią dwa zimowe wieczory. Po odłożeniu książki byłam zaintrygowana tym, co stanie się dalej. I już nie mogę się doczekać, kiedy w Empiku pojawi się kolejna część historii jakże prawdziwej.
Panowie moje wyrazy uznania
Ewa Gerbatowska
Dziękuję, to dla mnie był niezapomniany wieczór. Samych sukcesów!
niedziela, 13 grudnia 2009
KAWA Z MUCHAMI.pl
Kilka dni temu szukając w Empiku prezentów z duszą i głębią, a w zasadzie z bogatą duszą, bo taki jest czarny nadruk na białej reklamówce z czerwoną kokardą, wpadła mi w ręce książka pt.„Co mężczyźni wiedzą o kobietach?”. Łapię książkę, otwieram, a tam tylko puste białe kartki. Pojawił się lekki zgryźliwy uśmieszek na mojej twarzy, bo chwilami rzeczywiście tak jest, ale podkreślam czasami. W końcu my jesteśmy z Wenus, a oni z Marsa. Na Marsa leci się dość długo, bo rok, ale warto!
A na Wenus?
Koniec roku, to nie tylko przedświąteczna krzątanina, ale i czas, kiedy dokonujemy bilansu. Bilansu danego roku, a czasami i życia. Takiego bilansu dokonałam i ja. Kolejna kawa z przyjaciółkami i słodko-gorzka rozmowa. Ja o swoich planach na przyszłość, a one o swoich partnerach. Ale o tym nie teraz.
Środową kawę wypiłam z Małgosią. Kawka z ekspresu, ciasteczka i czekolada. Rozmawiamy o życiu, pracy, moich planach i oczywiście o mężczyznach. A jakże. I nagle Małgosia patrzy na mnie i pyta: Ewa, a czytałaś już KAWĘ z MUCHAMI.pl? Coś mi się obiło o uszy Gośka, ale nie czytałam. To książka Huberta Chmielewskiego. Za kilka dni przyjeżdża do Torunia i chciałabym cię z nim poznać.
KAWA z MUCHAMI.pl to historia trudnej miłości, która dojrzewała na portalu Nasza-klasa. Taki widnieje napis na obwolucie książki. Kupiłam i kończę czytać. W głowie mam mnóstwo pytań do autora. Zresztą już sam tytuł jest jakiś… męski. Jak umawiam się z dziewczynami, to zawsze jak dzwonią mówią: Ewuń musimy umówić się na kawusię. Brzmi to słodko. Słodko i ciepło. Szczególnie jak te słowa wypowiada Ulka. Ale kawa z muchami? Pomyślałam sobie, co to za tytuł? Aczkolwiek kawa to kawa. Bez względu na to, czy jest z ekspresu, białą pianką, cynamonem i brązowym cukrem, czy z muchami. Są osoby, które nie lubią kawy.
Ale nie trzeba lubić kawy żeby przeczytać Kawę z Muchami.pl Huberta Chmielewskiego.
Zadziwiające, ile może zmienić jedna informacja- przeczytałam na stronie 51. A zadziwiające Panie Hubercie. Odłożyłam książkę i zaczęłam rozmyślać.
Kilka dni temu zadzwonił do mnie po latach znajomy. Znalazł mnie na Naszej klasie. Pamiętam jak dzisiaj, jak kłóciłam się z nim zażarcie. Chyba o wszystko. Pamiętam doskonale tego wysokiego Daniela z długimi włosami. I Waldka. Ewa cześć, to ty? –pyta Daniel. Tak to ja-odpowiedziałam mężczyźnie po drugiej stronie słuchawki. Ewa jestem bardzo szczęśliwy! Mam syna!
Pomyślałam sobie, że to cudowne!
A ty masz męża, dzieci? Nie- odpowiedziałam z uśmiechem. No coś ty? Żartujesz? Nie-powtórzyłam. To nie możliwe. A jednak. Kurcze! Ewa! Na pewno niedługo kogoś spotkasz! Na każdego przyjdzie czas.
A propos Naszej klasy. Dzięki niej dwa lata temu udało mi się dotrzeć do jednego dżentelmena. Adriana. Fantastyczny facet. Czasami do siebie piszemy. Cudownie jest zobaczyć, że z grzecznego i mądrego chłopca wyrósł prawdziwy dżentelmen. Cudownie jest też dostać po latach różę od kolegi, który się w nas kochał…
Rozmowa Kasi i Igora coś mi przypomniała. Przypomniała mi te niesamowite emocje, kiedy widziałam w skrzynce kolejną wiadomość od Piotra. I pamiętam do dziś minę Magdy, która starała się mnie uspokoić. Ewa, no daj spokój! – powtarzała ze śmiechem, ale ukradkiem zerkała na moją twarz, jak czytałam kolejną wiadomość od niego i po chwili jakby od niechcenia pytała; co tam znowu ci nabazgrał? Magda przysłał mi swoje zdjęcie. Magda zerwała się z krzesła. Dawaj, pokarz! O matko!
Zawsze marzyłaś o takim facecie- powiedziała z błyszczącymi oczami. On jest…no właśnie Magda. Orłem!
Z Piotrem spotkałam się tylko raz…Ale do końca życia go zapamiętam.
A teraz ciekawa jestem, co wydarzy się dalej między Kasią i Igorem. Jestem trochę młodsza od Kasi, ale wiem już jedno, jak powiedział do mnie Piotr. Inny Piotr: Ewa nigdy nie mów nigdy! I to wzięłam sobie naprawdę do serca.
Panie Hubercie…do zobaczenia we wtorek na lunchu i pysznej kawie bez much.
Ewa
piątek, 11 grudnia 2009
Nie trzeba lecieć na Księżyc żeby znaleźć się wysoko nad ziemią. Wystarczy mieć oczy szeroko otwarte na świat i trochę szczęścia żeby na swojej drodze spotkać niezwykłego człowieka.
Takiego, jakim jest właśnie Stan.
Moja przygoda z Profesorem Stanisławem Gogolewskim, bo właśnie to o nim mowa, a właściwie Stan’em Gorgolewskim zaczęła się dość nietypowo.
Poznaliśmy się wydawałby się dość prozaicznie w autobusie. Ja wracałam z pracy, a profesor wracał z pod toruńskich Piwnic. To tam w Piwnicach zostawił wiele lat temu swoje serce. Zjeździł prawie cały świat, ale zawsze do nich wracał. Do miejsca, w którym wszystko się zaczęło.
Ale wracając do naszego spotkania.
Nie pamiętam dokładnie, czy to był wtorek, czy środa, ale pamiętam doskonale twarz Profesora.
Pogoda była dość nieprzyjemna. Było szaro i zimno, a ja marzyłam żeby jak najszybciej znaleźć się w domu i zasiąść z gorącą herbatą z imbirem i książką w ręku w wygodnym fotelu.
W połowie mojej drogi do domu dosiadł się do mnie prawdziwy dżentelmen. W długim ciemnym płaszczu i wiśniową teczką pod pachą. Spytał, czy obok mnie może usiąść. Poczekał na moją odpowiedź i usiadł. Uśmiechnął się do mnie niezwykle ciepło i wywiązała się fantastyczna rozmowa. Od samego początku nie mogłam spuścić oka z Profesora. Nie mogłam oderwać od niego oczu.
Wysiadając ucałował mnie w rękę i podarował wizytówkę. Trzymałam ją w ręku i nie mogłam we wszystko, co usłyszałam uwierzyć. Wizytówkę schowałam do notatnika i uśmiechem od ucha do ucha wróciłam do domu.
Kilka dni później otrzymałam wiadomość od Profesora.
Wielce Szanowna Pani Ewo,
Przepraszam za tak spóźnioną odpowiedź na Pani list z dnia 3.11.09.
Ojejku - pomyślałam sobie. Dzisiaj już rzadko, kto tak się do mnie zwraca.
Byłem zaskoczony tak niesamowitą treścią oraz nadzwyczajną uprzejmością tak wytwornej Pani. (…)
Nie będę aż tak obszernie pisał jak Pani to zrobiła, lepiej spotkajmy się gdzieś może w Piwnicach? Jak sądzę jest to najlepsze miejsce na takie rozmowy, bo tu w zasięgu reki są autentyczne obiekty wynikłe z moich oraz Kolegów działań. Jestem zaledwie seniorem toruńskiej Astronomii ( tak i nie tylko radioastronomii). Matką toruńskiej radioastronomii jest Pani Prof. Wilhelmina Iwanowska, Ojcem Prof. Sir Martin Ryle z Cambridge. W 1954r. przysłała Ona mgr H. Iwaniszewskiego do II Prac. Fizyki, gdzie pracował mgr inż. Kazimierz Grzesiak oraz ja, wraz z publikacją Sir Martin’a opisującą budowę radioteleskopu z zapytaniem, czy chcielibyśmy zbudować taki radioteleskop. Odpowiedź była entuzjastyczna i tak się to wszystko zaczęło!
Pozostaje nam nic innego jak spróbować umówić się na spotkanie w Piwnicach i wybrać najlepszy wariant.
Pozdrawiam najserdeczniej i zapraszam do dyskusji, kiedy i gdzie możemy się spotkać i przygotować właściwe wielogodzinne spotkanie i dyskusję.
Życzę dalszego rozkwitu ZDROWIA, URODY I RADOŚĆI Życia na wiele dziesięcioleci.
Pozostaję wdzięczny i pełen szacunku Stan.
W przeciągu kilku dni udało nam się ustalić termin spotkania, którego ja nie mogłam się doczekać.
A jak przebiegło spotkanie? O tym będziecie mogli przeczytać w kolejnym poście na moim blogu.
Serdecznie zapraszam. Ja i Profesor.
Ewa Gerbatowska
Takiego, jakim jest właśnie Stan.
Moja przygoda z Profesorem Stanisławem Gogolewskim, bo właśnie to o nim mowa, a właściwie Stan’em Gorgolewskim zaczęła się dość nietypowo.
Poznaliśmy się wydawałby się dość prozaicznie w autobusie. Ja wracałam z pracy, a profesor wracał z pod toruńskich Piwnic. To tam w Piwnicach zostawił wiele lat temu swoje serce. Zjeździł prawie cały świat, ale zawsze do nich wracał. Do miejsca, w którym wszystko się zaczęło.
Ale wracając do naszego spotkania.
Nie pamiętam dokładnie, czy to był wtorek, czy środa, ale pamiętam doskonale twarz Profesora.
Pogoda była dość nieprzyjemna. Było szaro i zimno, a ja marzyłam żeby jak najszybciej znaleźć się w domu i zasiąść z gorącą herbatą z imbirem i książką w ręku w wygodnym fotelu.
W połowie mojej drogi do domu dosiadł się do mnie prawdziwy dżentelmen. W długim ciemnym płaszczu i wiśniową teczką pod pachą. Spytał, czy obok mnie może usiąść. Poczekał na moją odpowiedź i usiadł. Uśmiechnął się do mnie niezwykle ciepło i wywiązała się fantastyczna rozmowa. Od samego początku nie mogłam spuścić oka z Profesora. Nie mogłam oderwać od niego oczu.
Wysiadając ucałował mnie w rękę i podarował wizytówkę. Trzymałam ją w ręku i nie mogłam we wszystko, co usłyszałam uwierzyć. Wizytówkę schowałam do notatnika i uśmiechem od ucha do ucha wróciłam do domu.
Kilka dni później otrzymałam wiadomość od Profesora.
Wielce Szanowna Pani Ewo,
Przepraszam za tak spóźnioną odpowiedź na Pani list z dnia 3.11.09.
Ojejku - pomyślałam sobie. Dzisiaj już rzadko, kto tak się do mnie zwraca.
Byłem zaskoczony tak niesamowitą treścią oraz nadzwyczajną uprzejmością tak wytwornej Pani. (…)
Nie będę aż tak obszernie pisał jak Pani to zrobiła, lepiej spotkajmy się gdzieś może w Piwnicach? Jak sądzę jest to najlepsze miejsce na takie rozmowy, bo tu w zasięgu reki są autentyczne obiekty wynikłe z moich oraz Kolegów działań. Jestem zaledwie seniorem toruńskiej Astronomii ( tak i nie tylko radioastronomii). Matką toruńskiej radioastronomii jest Pani Prof. Wilhelmina Iwanowska, Ojcem Prof. Sir Martin Ryle z Cambridge. W 1954r. przysłała Ona mgr H. Iwaniszewskiego do II Prac. Fizyki, gdzie pracował mgr inż. Kazimierz Grzesiak oraz ja, wraz z publikacją Sir Martin’a opisującą budowę radioteleskopu z zapytaniem, czy chcielibyśmy zbudować taki radioteleskop. Odpowiedź była entuzjastyczna i tak się to wszystko zaczęło!
Pozostaje nam nic innego jak spróbować umówić się na spotkanie w Piwnicach i wybrać najlepszy wariant.
Pozdrawiam najserdeczniej i zapraszam do dyskusji, kiedy i gdzie możemy się spotkać i przygotować właściwe wielogodzinne spotkanie i dyskusję.
Życzę dalszego rozkwitu ZDROWIA, URODY I RADOŚĆI Życia na wiele dziesięcioleci.
Pozostaję wdzięczny i pełen szacunku Stan.
W przeciągu kilku dni udało nam się ustalić termin spotkania, którego ja nie mogłam się doczekać.
A jak przebiegło spotkanie? O tym będziecie mogli przeczytać w kolejnym poście na moim blogu.
Serdecznie zapraszam. Ja i Profesor.
Ewa Gerbatowska
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















