Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Smaki i zapachy moich dni.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Smaki i zapachy moich dni.. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 lutego 2012

Samotna i polenta.

Trzeba mieć cierpliwość żeby ugotować polentę, ale warto, bo… Bo można ją zjeść na zimno i na gorąco. Z rusztu lub pieczoną. Polenta może być zapiekanką lub przystawką. A wszystko zależy od nas.

Mescola, którą przywiozłam z Włoch lub ta wysłużona, lekko uszczerbiona, ulubiona, bo po babci musi rytmicznie krążyć po masie bez przerwy. Wolno, równomiernie, ruchem okrężnym. Od czasu do czasu można przez chwilę zaszaleć i zmienić kierunek mieszania. Tak dla równowagi. Dopiero wówczas mąka dobrze połączy się z wodą, a ja mam chwilę, aby drugą rękę skierować w kierunku białego lub czerwonego. Według nastroju.

Na koniec trzeba mieć trochę siły żeby niczego nie schrzanić, gdy polenta jest już gorąca, lepka i ciągnąca. Ale to jeszcze nie wszystko, bo może pojawić się też inny kandydat, który zechce mi pomóc przy mieszaniu.

Po około 40 minutach polenta jest wreszcie taka, jak być powinna. [Kilka razy zdarzyło mi spieszyć i trzeba było ją wyrzucić do kibla.]Trzeba ją wówczas zdjąć z ognia i po męsku – tak jak coraz bardziej lubię, bez zastanowienia, bez zbędnych ceregieli wylać na deskę. Parująca, gorąca masa uwielbia rozkładać się jak ladacznica na drewnianej desce. Chociaż ona czasami też tylko na to czeka. Bezwstydnie rozłożoną polentę można lekko uspokoić przesuwając po niej nóż. Zmoczony wcześniej w wodzie, bo w kuchni, jak w życiu nie posmarujesz, nie pojedziesz. A droga daleka.

Gorącą porcjuje się za pomocną mocno napiętej silnej nitki. A zimną można już kroić nożem.

Dzisiaj można już nie chcieć słuchać Franka Sinatry w kuchni i pieczołowicie pochylać się nad garnkiem i nią oddychać. Można podłączyć elektryczny robocik. Trochę pokiereszować dźwiękami, to, co akurat wydobywa się radioodbiornika i mieć nadzieję, że tak przygotowana będzie smakować tak samo.

Ale czy ciasto tak samo smakuje, jak mieszamy je z wyczuciem drewnianą łyżką i rozszarpujemy je metalowymi prętami?

Efekt bywa czasami całkiem dobry, aczkolwiek „uczucie”, które rodzi się podczas mieszania między gotującym a polentą, zanika.

Podczas automatycznego mieszania nie słychać tego, co w tle. Nie można zanucić z Frankiem:


You play the same love song - it's the tenth time you've heard it


That's the beginning - just one of the clues


(…)


You'll walk the floor - and wear out your shoes


When you feel your heart break - you're learnin' the (those) blues


(Learnin' the blues )


Nie zawsze byłam sama. Kocham tą swoją samotność i nie…

Polenta to danie zwykłe i nie. Skromne i nie. Danie, które można przyrządzić na tysiące sposobów.

Danie, którego sposób przyrządzenia wiele mówi o nas.

czwartek, 9 września 2010

Wieczorne co nieco...

Jest czwartek, 21:24 zatem powinnam Wam wszystkim powiedzieć dobry wieczór, ale być może znowu odejdę od monitora i nie zamieszczę tego tekstu. Tych kilku słów, które cisną mi się na usta i myśli, które kłębią się we mnie gdzieś w środku.

Czasami otwieram kolejny plik i zapisuję, to, o czym myślę, o czym marzę lub to, co mnie po prostu boli. Ale i nie tylko, bo na szczęście coraz więcej rzeczy mnie cieszy i śmieszy. I nie ma w tym żadnej ironii, wiec nie jest chyba ze mną najgorzej.

Gdybym opisywała swoje historie z mężczyznami, to pewnie znalazłby się ktoś chętny żeby nakręcić o tym film. Jaki? - nie ważne ( śmiech). Pewnie byłaby to jakaś mieszanka „Ojca chrzestnego” i przygód Carrie Bradshaw z „Seksu w wielkim Mieście”. Jestem taką mieszanką Ani z Zielonego wzgórza, Magdy M, Carrie Bradshow i Charlotte York .Mam nawet swojego Biga. Niektóre z Was zapewne również. Jest w moim wieku. Chodziliśmy do tej samej klasy w szkole podstawowej. Spotkaliśmy się po latach. Alejandro - tak go nazwijmy jest boski. Mogłabym codziennie przynosić mu śniadanie do łóżka i jak niewolnica w pokłonie delikatnie go budzić mówiąc: dzień dobry mój Panie wstał nowy dzień, cóż mogę dla ciebie dziś zrobić…? Poniosło mnie. Omg….(śmiech). Ale tak jest zawsze, kiedy o nim pomyślę. Takich mężczyzn już dzisiaj prawie nie ma. Pewnie zastanawiacie się, jaki on jest? Już odpowiadam. Przede wszystkim jest niemożliwym dżentelmenem. Od 15 lat uprawia wschodnie sztuki walki- czyt. jest wysportowany. Ale co najważniejsze – jest opanowany, ciepły i inteligentny. Kilka miesięcy temu kogoś poznał. W pierwszej chwili pomyślałam sobie….o kurcze, szkoda…A po chwili – fajnie, że i tacy faceci trafiają się kobietom.

Ale… gdzie ci mężczyźni? – jak śpiewała Danusia Rin. Hmm…

Mam nadzieję, że w końcu trafię na Kogoś… No właśnie… Teraz nawet ciężko mi tego Kogoś opisać. Nie mam szmaragdowozielonego pojęcia, czy w ogóle taki Ktoś istnieje, ale na dnie serca tli się jeszcze ogień. Żar tego, co przede mną.

Jeżdżąc do pracy widuję codziennie w autobusie starszego mężczyznę, który ma oczy, jak…Mario. Ale nie tego, z którym pojechałam do Hanzaparku z ekipą Randki w ciemno. Tego Maria, na którego zaczęłam mówić Srario, żeby mi wreszcie przeszło. I po pół roku przeszło. Chociaż nie mogę o nim zapomnieć, bo był … Ech… nie ważne. Był i tyle.

I znowu się rozpisałam, a chciałam dzisiaj napisać właśnie o pisaniu, bo zastanawiam się czasami, dlaczego to robię? I zapewne nie tylko ja. W ostatnim felietonie Coelho przeczytałam, że kiedy pióro kreśli słowa na papierze, znika nasz strach i pozostaje szczęście. Ale aby to się stało musimy mieć odwagę, by wejrzeć w głąb siebie i ujawnić, to, co piszemy całemu światu. Jeszcze większej odwagi wymaga uświadomienie sobie, że to, co piszemy mogłoby być pewnego dnia przez kogoś przeczytane. Podobno…

A jeśli jest to coś intymnego? Nie martw się- dodaje Paulo, bo już tysiące lat temu Salomon napisał „ „ Cóż to jest, co było? To samo, co się stanie. Nie ma nic nowego pod słońcem”. Tak samo jak kiedyś boimy się i śmiejemy. Tak samo płaczemy i tak samo parskamy ze śmiechu.

Argentyński pisarz i poeta - Jorge Luis Borgis powiedział kiedyś, że istnieją tylko cztery historie do opowiedzenia:

1. historia miłosna o dwojgu ludziach,

2. historia miłosna o trojgu ludziach

3. walka o władzę

4. podróż.

Każda z nas ma do opowiedzenia jakąś historię.

Pisanie jak mawia Coelho – jeden z moich mistrzów to akt odwagi. O miłości dwojga ludzi potrafiłabym już coś napisać. O miłości trojga ludzi widziałam kilka filmów. Walka o władzę przyprawia mnie ostatnio o mdłości.

A jeżeli chodzi o podróż…to leży przede mną „ Nieprzerwana podróż Rafał Ł.” – syna mojego Profesora, który …wie już wszystko. Bóg niestety znowu spał - szepce cicho i ze spokojem Edelmann. Czasami trudno coś zrozumieć. Czasami nigdy czegoś nie zrozumiemy. Tu na ziemi.

Wyznaczyłam sobie pewnie cele w życiu. Pewnie jak każda z Was. Życie każdej z nas jest niezwykłą podróżą.

Trochę się zamyśliłam….Nie będę pisała kolejnego pamiętnika jak B. Johnes. Mamy też Carrie.

A ja jestem Ewą. 33 letnią kobietą, która nie koniecznie życzy Wam szczęścia u boku niesamowitych mężczyzn. Życzy wam niesamowitej podróży u boku fantastycznych ludzi. I kobiet i mężczyzn. Życzy Wam miejsca w sercach szlachetnych i dobrych ludzi. Szerokiej drogi już czas jak śpiew Rynio. Nie każda z nas ma nawigację, dzięki której szybko i najprostszą drogą trafi do celu, ale każda z nas ma mapę…I być może tak jak ja jak trzeba skręcić w prawo, skręca w lewo. Być może tak jaj ja nie dojedzie do celu. Czasami ważniejsza niż cel jest sama droga do niego.

I udało się jakoś dobrnać do końca.

Dobrej nocy

Ewa

niedziela, 11 kwietnia 2010

Rozmowa z pilotem...

Niestety to może być prawda, że pilot podjął niewłaściwą decyzję – powiedział w rozmowie ze mną nieoficjalnie jeden z pilotów wojskowych.

Od wczoraj zapewne nie tylko każdy mieszkaniec Torunia, ale i każdy Polak zadaje sobie pytanie :dlaczego? Jak to się stało? Jak doszło do takiej tragedii?
Dlaczego na pokładzie samolotu Tu-154M znajdowało się tak wiele osób takiego formatu?

10 kwietnia 2010 roku o godzinie 8:56 czasu polskiego ( 10:56 czasu lokalnego), samolot Tu-154M o numerze bocznym 101, przewożący m.in. prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego wraz z małżonką i elitę ówczesnej RP na uroczystości związane z obchodami 70. rocznicy zbrodni katyńskiej rozbił się ok. 2 km od lotniska Smoleńs-Sewiernyj.

Cała Polska zamarła. Niedowierzanie, cisza, ból. Mnóstwo pytań bez odpowiedzi.
W niedzielę postanowiłam zadzwonić do jednego z pilotów wojskowych i zadałam jedno pytanie: dlaczego?
-Lotnisko nie było przygotowane na lądowanie w takich warunkach, nie miało odpowiedniego wyposażenia. Poza tym pilot był zapewne pod presją. Chciał wylądować i jak najszybciej przetransportować na miejsce wszystkich pasażerów na tak ważne uroczystości. Przecenił swoje możliwości.
Nie powinien był tam lądować w tak złych warunkach. Sądzę, że przyczyna będzie taka sama jak w przypadku CASY. Przynajmniej tak myślę na razie. To są na razie moje przypuszczenia.
Każdy pilot na swoim koncie błędy i niewłaściwie decyzje. Ja tez mam kilka takich, ale na szczęście nigdy nie skończyły się tragicznie.
Znalem dobrze kapitana tego samolotu był niewiele starszy ode mnie.
Był dobrym pilotem. Może nawet za dobrym i zbyt przecenił swoje umiejętności. A może drugi pilot zawiódł … Niewłaściwie miał rozłożoną uwagę przy lądowaniu w takich warunkach. Tragedia a co gorsza uważam, że to będzie niestety straszny wstyd jak okaże się, że pilot popełnił błąd, wstyd na cały świat.
Taka jest na chwilę obecną moja subiektywna ocena.
-Czy pilotów wojskowych obowiązują jakieś inne procedury?
-Nie ma innych procedur, wszystkich obowiązuje to samo prawo lotnicze, które i tak jest bardzo ostre i nastawione na bezpieczeństwo.
Piloci w liniach lotniczych mają ten komfort, że ląduję na lotniskach dobrze przygotowanych, a my często musimy lądować w miejscach, gdzie nie ma żadnej infrastruktury.
Ja po prostu nie mogę uwierzyć, że widoczność była tak fatalna, nie było żadnej pomocy z wieży i pilot mając tylu tak ważnych osobistości na pokładzie postanowił zaryzykować i wylądować.
Trzeba to jakoś przeżyć. Ja mam swoje przemyślenia i wiem gdzie leży problem w systemie szkolenia i finansowania. Problemy, które doprowadziły juz do dwóch katastrof i wielu mniejszych incydentów, o których się nie mówi.
Ewa zapewne było tak, że lądował przy takich warunkach wiele razy i wiele razy się udało, ale tym razem popełnili jakiś błąd.



Wiesz myślę, że na razie to niestosowne żeby wygłaszać swoje myśli, szczególnie takie oskarżające kogokolwiek.
Poza tym może okazać się ze nie mam racji.
-Mam nadzieję, że tak będzie.
-Chciałbym żeby okazało się, że to była awaria maszyny, ale obawiam się, że to mało prawdopodobne.
Zresztą 90% wypadków lotniczych za przyczynę katastrofy uznaje się czynnik ludzki, to najsłabsze ogniwo w lotnictwie.
-Człowiek?
-Tak człowiek. Nie zawsze jest to pilot. Czasem kontroler, obsługa naziemna, ale i czasem pilot.
- Czy możesz podać mi jakiś jawny komunikat?
-Ewa nie sądzę, żeby jakikolwiek pilot wyrazi oficjalnie swój pogląd na temat tego wypadku, do czasu aż komisja nie wyjaśni ich przyczyn, tak zachowują się profesjonaliści, poza tym ja musze być lojalny wobec swojego środowiska, które wydaje się być winne w tym przypadku….

Składam wyrazy współczucia wszystkim ofiarom katasrofy w Smoleńsku.
Ewa

poniedziałek, 1 marca 2010

Wino ma nos, ciało i nogi…


Kobiety chętniej piją wino czerwone niż białe. Tak przynajmniej wynika z badań przeprowadzonych przez komitet organizacyjny salonu winiarskiego Vinexpo we Francji, Wielkiej Brytanii, Japonii, Niemczech i Stanach Zjednoczonych. I w dodatku 78 procent wina kupowanego w supermarketach, które lądują na naszych stołach to właśnie ich wybór. Badaniami objęto 4306 kobiet i ku zaskoczeniu socjologów przeprowadzających ankietę, okazało się, że najbardziej wyemancypowane są nie Francuzki a nie Amerykanki. To właśnie 92 proc. Amerykanek między 18 a 30 rokiem życia przyznało się, że piją wino co najmniej raz w tygodniu. Pod tym względem zdecydowanie wyprzedzają Niemki ( 66 proc.), Brytyjki ( 61 proc) i Francuzki ( 52 proc.).

Ponadto wbrew obiegowej opinii, że kobiety wolą wino białe i słodkie, w rzeczywistości kobiety wolą zdecydowanie wino czerwone i wytrawne. Tak wyraziło 79 proc. ankietowanych pań w Stanach Zjednoczonych. We Francji 64 proc., a w Japonii 60 proc.

Dlaczego? Bo kobiety przy wyborze trunku Dionizosa kierują się nie jego rocznikiem, a smakiem.

Nie znam się na winach, ale muszę się przyznać, że lubię różne wina. Zarówno czerwone, jak i białe. Słodkie, półwytrawne i wytrawne. Dlaczego? Bo takie jest moje życie. Bo życie każdego z nas ma zmienny smak. Raz jest on surowy ( brut ), raz wytrawny ( sec ), a kiedy indziej ma półwytrawny( semi-dolce ) smak.

Życie niesie nam nie tylko świeży aromat złożony z czerwonych owoców i białych kwiatów, ale i dojrzałych, gotowych do zjedzenia słodkich cytrusowych i leśnych owoców o smaku najsłodszego miodu. Pamiętajmy o tym.



Francuzki traktują wino jako element tradycji i kultury, podczas gdy w innych krajach kobiety uważają je za element stylu życia i elegancji. A Polki cieszą się każdą chwilą swojego życia.



Ewa Gerbatowska

piątek, 22 stycznia 2010

Kilka słów o moim dziadku i babci...

Wczoraj był Dzień Babci.Dzisiaj jest Dzień Dziadka. To dzięki nim rozsmakowałam się w słowach, bo każdego wieczora czytali mi baśnie. Moje dzieciństwo pachnie poziomkami...


Dzięki mojemu dziadkowi  Edmundowi wiem, że można kochać przez całe życie jedną osobę. Wiem, co to honor, godność, pracowitość. Mój dziadek był pięknym człowiekiem.
Prawie każde wakacje spędzałam u dziadków. Uwielbiałam siedzieć wręcz godzinami na swoim żółtym nocniczku i rozmawiać z babcią  Henią i przyglądać się jej jak krząta się po kuchni. W powietrzu nad białym kaflowym piecem unosiły się cudowne zapachy. Jej szafa była zawsze pełna wprost bajecznych zapraw. Gdy tylko otwierała szafę ja już przy niej kucałam i uśmiechem wymuszałam otwarcie kolejnego słoika.
Było w niej po prostu wszystko. Gigantyczne, popękane jak stara mozaika jabłka Antonówki, które wręcz rozsadzały słoiki, białe pikle, słodkie gruszki z goździkami, nieziemsko kwaśne wiśnie, malutkie mirabelki z tysiącem pestek, pyszne rolady w sosie, konfitury ze śliwek. Była to dla mnie szafa tysiąca kolorów i smaków.
Zima u nich kojarzy mi się ze światem baśni, z ciepłem, zapachem drewna dorzucanego do pieca i smakiem królewskich śliwkowych powideł. Lato to wypełniony po same brzegi dzban radości. Nigdy nie zapomnę kręcącej głową babci i uśmiechu dziadka, gdy siadałam na jego motorze i radości, gdy któregoś lata wreszcie dosięgłam nogami do pedałów. Prawie codziennie jeździliśmy na ryby. Mało rozmawialiśmy. Każdy z nas miał swoje krzesełko, wędkę, płaszcz przeciwdeszczowy i gumaki. Chyba nawet nie potrafię zliczyć ile razy złapałam jeszcze zielone orzechy laskowe na wędkę zanim nauczyłam się zarzucać spławik. Mój spławik lądował na wszystkich pobliskich krzakach i drzewach, a dziadek nigdy nie był na mnie zły. Czy lało jak z cebra czy świeciło słońce byliśmy obok siebie i chyba czuliśmy to samo. Czasami tylko burzyły mój spokój przelatujące nad wodą błyszczące i ogromne jak helikoptery ważki. Były gigantyczne i miałam zawsze ochotę puścić wędkę i ukryć się pod pelerynę dziadka, o on zawsze przekonywał mnie, ze nic mi nie zrobią. Nie byłam tego taka pewna. Pomimo tego, że były piękne nie lubiłam ich. Za szybko jak dla mnie się poruszały. Korpusy miały pomalowane chyba przez największego malarza, którego pędzel zostawiał jak na jedwabiu głęboki, czysty kolor. Pomagało mu na pewno w tym słońce, bo były błyszczące jak niejedna najdroższa fura, ale za to skrzydełka miały okropne. Duże, przeźroczyste i popękane jak stare brudne okiennice.

Pięknie było nawet, gdy siarczyście padało. Siedzieliśmy w czarnych gumowych pelerynach. Deszcz uderzał w wodę, a wokół nas wypełzały ze swoich domków diabły. Czarne jak węgiel ślimaki. Kilka nawet zabrałam ze sobą i hodowałam w wielkim słoju na parapecie w kuchni. Babcia dostawała przez to szału, a dziadek z uśmiechem powtarzał: daj jej spokój. Ale moja miłość do wszelkich żyjątek zaczęła się chyba wtedy, gdy dziadek podczas zbierania poziomek zobaczył na mojej twarzy zdziwienie na widok wielkiej ropuszki. Złapał ją i powiedział, że ona się też mnie boi. Trzymał ją, a ja ją- chryste... pocałowałam. Nie pomyślałam sobie żadnego życzenia, ale za to kilka lat później wśród kamieni w Zatoce Puckiej złapałam czarną jak węgiel rybkę i poprosiłam tylko o jedno. Miała ogon jak wachlarz, a oczy duże, wyłupiaste, ale ładniutkie. Udało mi się zrobić jej zdjęcie, bo jak ją opisywałam znajomym pękali ze śmiechu. Nikt mi nie wierzył, prócz jednego znajomego, który potem opowiadał, jakie wielkie miała zęby i oczy. Teraz moja błyszcząca rybko po prostu bez żalu je cofam. Kiedyś myślałam, że pewne rzeczy się nie zmieniają. Zostają tylko wspomnienia, a uczucia pękają czasami jak bańki mydlane, z tą tylko różnicą, że jak ostry papier ścierny zostawiają rany i targają, jak huragan myśli i przeganiają nadzieję.
Dziadek znał chyba wszystkie piękne zakątki. Potrafił wjechać do lasu i wysadzić mnie w gąszczu malin i jeżyn. Posadzić wśród krzaków cudownie pachnących poziomek otoczonych gąszczem malin...

poniedziałek, 18 stycznia 2010

Europejska Stolica Kultury 2016!

Czy wiecie z kim Toruń rywalizuje?
Jakie ma szanse? Co wygrana oznacza dla mieszkańców?

Bez zapowiedzi wpadam do Wydziału Kultury i miałam przyjemność porozmawiać z dyrektorem Zbigniewem Derkowskim.
Dyrektor podobnie jak ja uważa, że śmiało możemy stanąć w jednym szeregu z innymi miastami, które kandydują do tytułu Europejskiej Stolicy Kultury 2016, pomimo tego, że są to miasta o dużo większym potencjale gospodarczym. W końcu walczymy. Musimy mieć tego świadomość. Nie wiemy jeszcze, z jakim rywalem będziemy musieli się zmagać, bo do tej pory chęć wystartowania w konkursie wyraziły:
-Białystok,
-Lublin,
-Łódź,
-Poznań,
-Szczecin,
-Warszawa,
-Wrocław. Na razie…
W Polsce pierwszym miastem, które może cieszyć się tytułem Europejskiej Stolicy Kultury jest Kraków.
Konkurs oficjalnie został ogłoszony 2 października 2009 roku przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
Ale wracając do naszej kandydatury, to musimy chyba zmienić naszą polską mentalność na chociażby europejską, bo my Polacy lubimy marudzić i narzekać. Niestety.
Musimy zastanowić się, co my możemy dać Europie. Co Toruń może dać, co może zaoferować Europie. A zaoferować możemy sporo. Toruń to nie tylko „Gotyk na dotyk”, ale niezwykłe środowisko artystyczne. To w nim mieszkają i tworzą fantastyczni malarze np. Ewa Wiśniewska- zostawia swoje dzieła w hotelach i galeriach. Szczególnie ukochała sobie kwiaty. To z Torunia pochodzi Janusz Leon Wiśniewski (autor m.in. „ Samotności w sieci”, „Losu powtórzonego”, „ Bikini”). To w Toruniu urodził się podróżnik Tonny Halik. Kto by nie chciał podążyć jego śladami?
My stajemy do konkursu, a np. Wilno nie musiało walczyć, bo nominowało je samo państwo. Bywa i tak, bo takie jest życie, ale jak wygramy, to i nasza satysfakcja będzie większa.
Musimy mieć świadomość, że urzędnicy czekają na nasze pomysły. Przy ich pomocy mogą ziścić się nasze marzenia i plany.
Dyrektor dodał, że Toruń to w końcu miasto studentów. Miasto ludzi młodych! Więc ma nadzieję, że coś przełamiemy. Przełamiemy pewne bariery i konwencje.
Mamy mnóstwo ciekawych grup społecznych. Toruń to miasto różnych środowisk.
Wierzę, że nam się uda. My, Torunianie tylko na tym zyskamy! Zatem do pracy!

wtorek, 5 stycznia 2010

Za co Barack Obama dostał nagrodę Nobla?

Kilka dni temu prezydent USA Barack Obama odebrał w Oslo pokojową Nagrodę Nobla.
Przechodząc z gorącą kawą z kuchni do mojego apartamentu zatrzymałam się przed ekranem telewizora i pomyślałam: o matko! Nagrodę Nobla? To chyba lekka przesada. Popijając kawę o mało, co się nie poparzyłam.
Przewodniczący norweskiego Komitetu Noblowskiego Thorbjoern Jagland powiedział, iż ma świadomość, że wiele osób uważa, iż jest ona przyznawana przedwcześnie.-Ale historia obfituje w stracone okazje. To właśnie teraz mamy okazję poprzeć idee prezydenta Obamy. Dodał, iż nagroda jest apelem o działanie na rzecz nas wszystkich. A ja myślałam, że Nagrodę Nobla przyznaje się za wybitne osiągnięcia naukowe w dziedzinie fizyki, chemii, fizjologii, medycyny, literatury i za działalność na rzecz pokoju. I znowu źle myślałam. Jestem w stanie zrozumieć wiele, ale nie taką decyzję.
Dla mnie jest ona naprawdę kontrowersyjna. Kontrowersyjna i trochę smutna.
Wczoraj wczytywałam się w historię wielu fascynujących osób, o których opowiadał mi Profesor Stanisław Gorgolewski.

Zatrzymałam się na dwóch noblistach, pod których okiem Profesor napisał doktorat. Profesor do dnia dzisiejszego z ogromną fascynacją opowiada o pracy i osiągnięciach Martin’a Ryle’a i Antony’ego Hewish’a. Martin Ryle był jego nauczycielem życia!
Używając technik interferometrycznych, Martin Ryle i jego koledzy określali położenie radioźródeł z dokładnością, która pozwalała odnaleźć je i badać w dziedzinie optycznej widma. Przeprowadzone przez niego zliczenia radioźródeł w stosunku do ich jasności dostarczyły silnych argumentów przemawiających za modelem ewoluującego Wszechświata.
Martin Ryle jest autorem techniki tzw. metody syntezy apertury, która pozwoliła osiągnąć położenie i obrazy radioźródeł z dużą kątową zdolność rozdzielczą przy obserwacjach z użyciem radioteleskopów o małej średnicy. W 1974 r. M. Ryle wraz z A. Hewish’em został laureatem Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki za pionierskie badania w dziedzinie astrofizyki, a zwłaszcza odegranie decydującej roli prowadzącej m.in. do odkrycia pulsarów. Uważany jest za odkrywcę kwazarów i współodkrywcę pulsarów.
Chyba zgodzicie się ze mną, że każda pracy naukowa ma kilu autorów. Tak też było podczas pracy M. Ryle i A. Hewish’a. Jako pierwszy autor został podany Hewish, a Bell jako druga autorka. Przyznanie Nagrody Nobla Ryle'owi i Hewishowi bez włączenia Jocelyn Bell było decyzją kontrowersyjną i ostro skrytykowane przez kolegę Hewisha astronoma Freda Hoyle'a. Inni zwrócili jednak uwagę na to, że w tym wypadku Nagroda Nobla została przyznana za całokształt ich prac w dziedzinie radioastronomii.
I rozumiem również przyznanie takiej nagrody za całokształt, ale nie rozumiem, kiedy taka nagroda jest „apelem o działanie…” Bez względu na to, jakie by ono nie było!
Powtórzę, zatem pytanie: za co Barack Obama dostał nagrodę Nobla? I muszę odpowiedzieć, że nie wiem. Co się z wami ludzie (patrz. Komitet Noblowski) dzieje?
Jestem zła, ale większość Noblistów jest pewnie poruszona… Zresztą amerykański dziennik „ Wall Street Journal” zasugerował nawet, że prezydent powinien oddać swój medal pokojowej Nagrody Nobla.
A wy, co o tym myślicie? Czy uważacie, że znowu przesadziłam?

Mężczyzna- wynalazek na trudne czasy.

Mężczyzna- wynalazek na trudne czasy.

Co by było gdyby nie było mężczyzn? Widziałbym ciemność, jak to powiedział Jerzy Stuhr w Seksmisji. Zresztą, pamiętasz kilka dni temu kazałeś mi zamknąć oczy. I spytałeś, co widzę? Załamałam cię (śmiech).Ale tak poważnie. My kobiety wprost uwielbiamy czasami przejaskrawiać i koloryzować rzeczywistość A wy mężczyźni pomimo tego, że nie jesteście w stanie odróżnić wielu odcieni kolorów, i doprowadzacie nas tym nieraz do szału, potraficie szybciej podjąć prawidłowe decyzje. Dla was jest coś czarne albo białe. Czerwone albo niebieskie. A dla nas czerwień jest czasami jak krew karmazynowa, a czasami ma kolor wina. Zresztą dla was kolor, to kolor i tyle. A dla nas kobiet dany kolor może być blady albo ciemny. Matowy lub neonowy. Nasycony, intensywny, soczysty, zgaszony itd. I mogłabym tak bez końca.
Profesor Bogdan Wojcieszke w grudniowym numerze Zwierciadła stwierdził, że „mężczyzna to wynalazek na trudne czasy”. Dodał, iż mężczyźni są bardziej krańcowi od kobiet. W sumie płcie nie różnią się inteligencją, ale to właśnie więcej mężczyzn jest na krańcach skali. Jeśli spotkamy prawdziwego idiotę- powiada Profesor, to najprawdopodobniej okaże się on mężczyzną, ale podobnie jest też z geniuszami.
Tam, gdzie naprawdę jest ciężko- wojna, wyprawy w kosmos, posyłamy właśnie ich, mężczyzn.
Uwielbiam babskie wieczory. W klubach, w saunie, kilkugodzinne pogaduchy przy kawce i lampce wina, ale nie zrobiłabym wielu kroków do przodu gdyby przy mnie nie było mężczyzny. Bo to mężczyzna potrafi do mnie dotrzeć. Powiedzieć: Ewa, musisz to zrobić. Tu i teraz. Musisz pokonać wroga. Musisz podjąć taką, a nie inną decyzję. Na bok te kobiece sentymenty.
Ewa Zwyciężysz! I pomimo tego, że my współcześnie nie wyobrażamy już sobie życia bez telefonu komórkowego, aparatu cyfrowego i Internetu, to podejrzewam, że większość kobiet nie potrafi wyobrazić sobie życia bez mężczyzn. Krystyna Prońko śpiewała kiedyś:
jesteś lekiem na całe zło.
I nadzieją na przyszły rok.

Jesteś moją nadzieją nie tylko na 2010 rok, ale i na każdy kolejny. Bez względu na to, gdzie jesteś.
Gdzie jesteś?
Ewa Gerbatowska

sobota, 2 stycznia 2010

Wymierąjacy gatunek literatury stosowanej-list…



Trzy lata temu spotkałam Kogoś, kto do mnie pisze do dziś. Ten Ktoś jest moim Mistrzem. Ten Ktoś pozwolił mi otworzyć okno w mojej duszy. Ten Ktoś nie pisze, ale maluje słowami. Maluje najpiękniejsze, jakie w życiu widziałam obrazy.

W każdą podróż zabieram zawsze jedną z Jego książek, po to, aby bez względu na to, gdzie jestem, móc wieczorami rozsmakować się Jego słowami.



Listy są, jak napisał Profesor pożółkłe, ale pokorne. Wnoszą do naszego życia radość, wrażliwość, mądrość, refleksję i wsparcie. Kilka dni Ryszard Maciej Łukaszewicz, bo o Nim właśnie mowa, przeniósł ze swojej szuflady starej komody do Szuflady Maciejki kilka papierowych zadrukowanych łódeczek, które płyną z duszy do duszy...


Dziękuję Panie Profesorze za wszystkie listy.
I dziękuję za kawałek mnie w Pana książce.
To dla mnie zaszczyt!
Ewa Gerbatowska

piątek, 25 grudnia 2009

Przypowieści Mistrza.

W ostatnim numerze PANI Paulo Coelho powiedział, że :
„ ci, którzy mają w życiu pewien projekt i gotowi są poświęcić wszystko, by zrealizować swoją Osobistą Legendę, osiągają to, czego pragną”. Ważne według Mistrza jest to, by podtrzymywać płomień w sercu i mieć siłę, gdy jest trudno, bo przecież każdy z nas ma w swoim życiu takie chwile.

Wszystkie pragnienia zrodzone w naszej duszy nie powstały z niczego. Racja… Ktoś je tam umieścił. A kto? Ten, kto jest miłością i życzy nam szczęścia. Życzy nam jak najlepiej. A dlaczego to zrobił? Ponieważ razem z pragnieniami dał nam narzędzia, byśmy mogli je realizować.

Czasami są w naszym życiu chwile, kiedy czujemy, że mamy związane ręce. Czujemy się bezradni i słabi. Nie mamy i nie widzimy narzędzi, ale…no właśnie. One są. I czasami potrzeba tylko czasu, aby je znaleźć.

Ale zanim zrodzi się projekt mamy marzenia. Każdy z nas je ma. I każdy z ans ma prawo mieć marzenia, jakie chce. W końcu marzenia, to marzenia!

Ale zastanawialiście się, jaka jest ich cena? Jaka jest cena marzeń?

Kto z nas płaci więcej?

Czy ten, kto je spełnia, czy ten, kto ich nie spełnia?

Zastanawialiście się?
Pewien mistrz zabrał swojego ucznia do sklepu. Następnie poprosił, by uczeń przymierzył marynarkę, która idealnie na niego pasowała. Uczeń przymierzył ją i zachwycił się zarówno swoim wyglądem, jak i jej szlachetną jakością. Później mistrz poprosił, by uczeń przymierzył taką samą marynarkę, tylko większego rozmiaru. Uczeń przymierzył ją.

- Ta marynarka się nie nadaje. Jest za duża.

- Ile kosztują te marynarki?- spytał mistrz sprzedawcę.

-Cena jest taka sama, tylko rozmiar inny.

Kiedy wychodzili ze sklepu mistrz powiedział uczniowi:

-Człowiek, który spełnia swoje marzenia, i człowiek, który ich nie realizuje, płacą podobną cenę. Jest zwykle bardzo wysoka. Ale w pierwszym przypadku możemy uczestniczyć w pełni w cudzie, jakim jest życie, w drugim nie.

Paulo Coelho

Zatem…realizujcie swoje marzenia. Niech nikt Wam tego nie zabierze. Nikt!

Pomyślcie o tym w te Święta. Pomyślcie o Sobie…

A ja Wam życzę magii…

                                                    fot. Almi Decor


Ewa

wtorek, 24 listopada 2009

Smak Torunia.

Smak Torunia-jaki jest? Słodki, gorzki, a może … No właśnie?
Jaki jest waszym zdaniem?

Zastanawialiście się kiedyś, jaki jest smak naszego Torunia?



Toruń smakuje dla mnie…hmmm pewnie powiecie piernikami Ale...nie!
Toruń smakuje dla mnie… podróżami. Wchodząc do miasta urzeka mnie fioletowo -różowymi aksamitnymi kwiatami. Potem pobudza smak chrupiącymi zapiekankami i słodkimi goframi. Smak jest nieodłącznie związany dla mnie z podróżami. Tam, gdzie wyjeżdżam spotykam się z różnymi smakami. Jedne mnie intrygują, inne zaskakują, a jeszcze inne zapisują się w sercu wraz ukochanymi miejscami.
Z mojej ostatniej podróży z Monachium przywiozłam serce. Właśnie… lawendowe serce.
A lawenda w Prowansji to magiczne słowo…Francuzi są niezwykle dumni ze swoich fioletowych pól. Wierzą, że lawenda przynosi szczęście. A wiecie, że małżeństwo zawarte na lawendowym polu gwarantuje szczęście w miłości?
Chociaż z tą miłością, to różnie bywa, ale myślę, że jak zjecie aromatyczne toruńskie pierniki z ukrytymi w ich środku lawendowymi powidłami, to zostaniecie w czyimś sercu na pewno niezapomniani. Bo Toruń to miasto z sercem. Miasto naprawdę z cudownymi aromatami.

W Krakowie na Brackiej pada deszcz, a w Toruniu na Rabiańskiej jak pada to tylko lekki jak piórko cynamonowy śnieg. A jak myślę o cynamonie, to od razu czuję świerk i dłonie całe w pomarańczy…
Ewa Gerbatowska

piątek, 20 listopada 2009

Malina i jej siostra ożyna.

Czytając kolejny felieton Małgorzaty Kalicińskiej poczułam w ustach słodki smak malin. Otwieram znowu starą drewnianą przedwojenną szafę w kuchni babci i zastanawiam się znowu, czego skosztować. Wracam do wakacji z dzieciństwa.
Wspominam te chwile bajecznie. Lato, bezchmurne popołudnie, wiatr we włosach, a ja przytulam się na motorze do dziadka. Przecinamy wiejskie drogi naszym zielonym rumakiem.. Przejeżdżamy przez kukurydziane pole, dziadek odwraca się lekko do mnie i uśmiecha. Rozumiemy się bez słów. Dziadek wie, że wieczorem będę miała ochotę na żółciutką gotowaną kolbę polaną rozpuszczonym wiejskim masłem.
Smaki dzieciństwa są takie niewinne i…magiczne. Wspominamy chwile spędzone z osobami, które kochaliśmy i kochamy.
Teraz jest właśnie czas żeby te smaki zamknąć w słoikach.
Uwielbiam w mroźny zimowy wieczór zaparzyć sobie dzbanek czarnej herbaty z rozgrzewającym imbirem i upiec tosty. Posmarować je masłem i konfiturą z malinami. Smak w ustach jest nieziemski. Chrupiący tost fantastycznie harmonizuje z rozpuszczającym się aksamitnym masłem i malutkimi pestkami malin.
W Polsce mamy kilka gatunków i kilkanaście odmian jeżyn i malin. Malina i jeżyna pochodzą z tej samej rodziny Rubus. Pierwsza o owocach przeważnie czerwonych, owocuje zwykle w lipcu, a druga o owocach czarnych, kilka tygodni później. Obie kochają zarośla, torfowiska i lasy.

Malina właściwa ( Rubus idealis) od dawien dawna jest owocem ważnym. Robiono z niej konfitury i soki, które służyły jako lekarstwo. Dodany z niej sok do czarnej herbaty działa rozgrzewająco i napotnie. Natomiast herbatka z liści malin podziała przeciwzapalnie, stymulująco i ściągająco. Zimą doskonała jest herbatka z badyli malin. Trzeba je pokroić na kilkumilimetrowe kawałeczki i zalać wrzątkiem. Natomiast wiosną można jeść obrane ze skórki młode łodygi. Tak właśnie robili Indianie.
Na północy i w Sudetach możemy spotkać malinę moroszkę o żółtych, soczystych i bardzo słodkich owocach. Tą odmianę cenią sobie szczególnie Skandynawowie, Rosjanie i Eskimosi. Lapończycy przechowywali jej zapasy pod śniegiem w skórach i beczkach. Łączyli z tłuszczem i cukrem.
Jeżyny możemy spotkać przeważnie w prześwietleniach borów mieszanych, olszyn oraz na skrajach lasów. Te czarne omszone owoce są niezwykle smaczne.


Mieć usta jak malina, błysk w oku i uśmiech słodki jak ożyna…


Hand made by Ewa

wtorek, 17 listopada 2009

Bieg skądś-dokądś.

Popijam gorącą herbatę i siedzę zamknięta w domu. Jest, co prawda chłodno, ale ja miałabym ochotę wybrać się na spacer. I nie na taki, na jaki mnie zapraszałeś kilka dni temu do lasu, ale na wędrówkę wśród kamienic. Lubię wcześnie rano albo w godzinach, kiedy wszyscy pracują spacerować w środku miasta z gorącą bagietką pod pachą, kubkiem cappuccino, książką w torebce i świeżą prasą. Lubię mieć wolne w środku tygodnia i spacerując niespiesznie w środku miasta obserwować ludzi. Przysiąść na jakimś skwerku i rozmyślać. Tak po prostu i zwyczajnie. Nie spieszyć się. Usiąść. Spojrzeć na dziobiącego kawałek chleba gołębia, spojrzeć na niebo, na stary mur. Przerwać ten bieg skądś-dokądś. Cieszyć się tym, co mam. Jestem, co prawda sama, ale mam w sobie nadzieję i radość. Znam lepiej samą siebie. Potrafię zachwycić się niebem, rozsmakować się w codzienności niczym wytrawny buddysta. W życiu czasami ważna jest chwila. Dana chwila, która ważniejsza jest od przyszłości, do której biegniemy i od przeszłości, od której czasami do końca życia musimy uciekać. Nie chce mi się czasami biec ani uciekać. Chce mi się po prostu być. Tu i teraz.
Ewa Gerbatowska

Żeby tej jesieni nie zabrakło czerwieni...

W dzieciństwie marzyłam o własnym pokazie mody na Pizza di Spagna. Ciepły rzymski wieczór. Malutkie stoliczki usiane wokół niego, w pobliżu Armani i… ja.


Ale moje życie potoczyło się jednak inaczej. Poza tym nie chciałam o tym chciałam rozprawiać.
To, że nie spełnią się nasze wielkie marzenia wcale nie oznacza, że będziemy nieszczęśliwe. Ostatnio będąc na zakupach kupiłam pasek. Włoski. Piękny, skórzany, ale nietypowy, bo w kolorze meksykańskiej czerwieni. Oprócz koloru grafitowego i czarnego. Czarny, to mój ulubiony. Kocham ten kolor, bo mnie niezwykle energetyzuje i pobudza. Poza tym czerwień nie tylko nas ogrzewa, rozpala zmysły, ale dynamizuje sylwetkę.
Kilka dni później dokupiłam sobie do niego takiej samej barwy kolczyki. Piękne. Z weneckiego szkła. Początkowo były lekko ukryte we włosach, ale po czasie błyszczały okazale na słońcu, a w nich i ja.
W tym roku stanęłam wreszcie na Pizza di Spagna. Przysiadłam przy fontannie Della Barcaccia i poczułam, że…jestem szczęśliwa. Wokół było mnóstwo turystów, sklep Armatniego był w remoncie, więc nie weszłam do niego, ale na schodach stałam ja. Szczęśliwa, zadowolona z siebie ja.
Czasami trzeba założyć najpierw pasek, apaszkę albo kolczyki żeby w końcu założyć sukienkę. Przełamać pewien schemat. Wyjść z niego i posłuchać własnego ja.
Z czerwienią trzeba jednak uważać, bo potrafi rozpalić niejednego Byka. I tego właśnie Paniom życzę .Żeby tej jesieni rozpaliła… ale tego odpowiedniego.
Ewa Gerbatowska