Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Socjologia.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Socjologia.. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 kwietnia 2010

Ciało i seksualność mężczyzn cz. II.

Nie można zaprzeczyć, że męskość jest współcześnie konstruowana „wokół konsumpcji”. Już nie tylko kobieta, ale i mężczyzna jest dziś konsumentem. Jego tożsamość jest konstruowana przez „ konsumowanie” różnych image. On sam jest dziś „ przedmiotem” konsumpcji.


W społeczeństwie konsumpcji postrzegamy siebie, jak i sami jesteśmy postrzegani przez pryzmat naszej cielesności. „Esse est percipi”- tak powiedział kiedyś George Berkeley. Istnieć to być postrzeganym. Postrzeganym przez kogoś. Dzisiejszą kulturę współczesną cechuje orientacja na wizualność, szczególnie tą, która uosabia ciało.

Podejście do wzajemnych relacji między tym, co duchowe, a tym, co cielesne na przestrzeni kilkuset lat wyrażało się w sformułowaniu „ ja i moje ciało” i zakładało bezwzględny, wywodzący się z tradycji Kartezjańskiej dualizm. Ciało znajdowało się w posiadaniu człowieka .

Mam przekonanie, że w dzisiejszej dobie wystarczy jedynie istnieć, żeby być. Odpowiedź na pytanie „kim jestem?” jest coraz powszechniej redukowana do kontekstu fizycznego- „ jestem tym, czym jest moje ciało”, „ jestem tym, co jem”.

Ciało we współczesnych przekazach medialnych jest ukazywane jako pozbawione wnętrza, jakichkolwiek wyższych wartości. Mamy niezaprzeczalnie do czynienia z kreowaniem, wręcz z naciskiem na to „ co widać”, na to, co materialne, cielesne. To, co myślimy, czujemy ustępuje temu „jak wyglądamy”. Stare przysłowie mówiące, że nie szata zdobi człowieka chyba odchodzi do lamusa.„ Pokaż się, a powiem ci kim jesteś” – tak czasami zwracają się „ strażnicy mody” do napotkanych przechodniów w jednym z aktualnych programów telewizyjnych stacji Zone Club. Wiele czasopism prowadzi rankingi najlepiej i najgorzej ubranych osób we wszelakich dziedzinach życia. Poddaje się je ciągłemu ostrzałowi kamer i fleszy. Efektem tej nieustannej krytyki jest coraz szersze grono osób, które przywiązują większą uwagę do tego, jak wyglądają niż do tego, co mówią i myślą. Gonią jak ciało za swoim cieniem za nierealnym i nieuchwytnym ideałem ciała. Ideałem, który utożsamiany jest z „ kulturowym kapitałem”. Symbolem nas samych. Symbolem naszej osobowości, naszych cech charakteru i możliwości życiowych.

Ciało już w raju, kiedy to wygnani -ona i on- zaczęli prowokować nawzajem swoje zmysły było symbolem amorów, słabości, namiętności i szaleństwa. Aczkolwiek męskie dużo później uzyskało pełne prawo do wyrażania emocji i wchodzenia w rolę obiektu seksualnego.

Jak świat światem uwodzimy się nawzajem. Mężczyźni prawią komplementy, a kobiety kokietują. Ciało staje się wręcz najważniejszym centrum odczuwania przyjemności przez człowieka. Przez wieki negowana, wręcz represjonowana w naszej kulturze przyjemność, która dotyczy ciała jest dzisiaj wyniesiona na podium. Stanowi nieodłączny i istotny element naszego życia. Dzisiaj już nie szokują slogany na pierwszych stronach wielu magazynów „Jak osiągnąć orgazm”. Wiele magazynów dla młodych ludzi na łamach stron swoich magazynów tłumaczy relacje seksualne młodych ludzi, którzy odkrywają świat erotyki. Rzadko kiedy na łamach gazet opisuje się pierwszy piękny pocałunek. Wyjaśnia zachowania i emocje towarzyszące takim doznaniom. Daje się raczej gotową receptę. Gotowy przepis. Krok po kroku wyjaśnia jak osiągnąć maksimum przyjemności cielesnej. Dzisiejszy wiek charakteryzuje eksplozja różnorodnych i zarazem sprzecznych ze sobą wartości. Wielu krytyków stwierdza jednoznacznie: wchodzimy w epokę relatywizmu i chaosu. Inne stanowisko z kolei reprezentują ci, którzy uważają, że wreszcie nadszedł oczekiwany czas wolności w zakresie konstruowania własnej tożsamości i stylu życia. Chaos panuje w każdej dziedzinie i sferze życia. Wielkie ideały przyćmiewają kolorowe i „plastikowe” slogany.

Istotniejsze dzisiaj wydaje się nie to, jak coś robimy, ale jak szybko to robimy.

Trudno się odnaleźć w dzisiejszym chaosie. Rozmywają się wszelkie normy, zasady. Łatwiej jest chyba odpowiedzieć na pytanie: co można niż czego nie można, bo dzisiaj można prawie wszystko. Nie mówiąc już o tym, czego nie wypada. Czy ktoś się jeszcze nad tym zastanawia? Nie panowanie nad emocjami i uprawianie seksu na oczach tysięcy telewidzów wielu z nas uważa dzisiaj za zachowanie naturalne i ludzkie. Takie zachowanie nikogo dzisiaj nie szokuje. Społeczność współczesna gubi powoli cały swój szkielet moralny. Wszystko dziś jest płynne. Granice rozmyte. Kultura współczesna jest jak dmuchana bańka z kolorowymi i bulgoczącymi specyfikami. Nie liczy się szlachetność danego koloru, ale jego zdolność absorbcji. Głośność bulgotania. Zdolność przyćmienia innego. Niekoniecznie lepszego. Dzisiaj kładzie się nacisk i odczuwa presję, aby wszystko zrobić mocniej, głośniej.

Dla każdego współczesnego człowieka taki stan rzeczy jest niepokojący. Każdy z nas współczesnych szuka całościowego obrazu zastanej rzeczywistości, ale ona jest nieklarowna, labilna, niezwykle dynamiczna. Oferuje wiele alternatyw. Często sprzecznych ze sobą. Wielu socjologów mówi dzisiaj głośno o „kryzysie tożsamości”, który paradoksalnie wynika z „nadmiaru wolności”. Każdy człowiek pragnie posiadać jasno określone poczucie tożsamości. Wiedzieć kim jest, do czego powinien dążyć. Świadomość tego, kim chce zostać określa dane cele, które musi sobie wyznaczyć. Brak jakichkolwiek klarownych zasad powoduje ogromne trudności dla wielu ludzi w ukształtowaniu swojego własnego „ja”. Medialne hasła typu: „ jestem, jaki jestem” wywołują u mnie przerażenie. Nikt z nas nie jest idealny, ale każdy z nas powinien mieć tego świadomość i dążyć do tego. Pracować nad sobą. Wiadomo prościej jest powiedzieć światu jestem, jaki jestem. Musicie mnie takiego zaakceptować, bo ja się nie zmienię. Trzeba mieć świadomość, że takie hasła nie pozostają bez echa w świadomości szczególnie młodych ludzi budujących swoją tożsamość. Życie w świecie pełnym sprzeczności wywołuje uczucie rozdarcia i wyobcowania. W końcu każdy z nas lubi mieć jasno określoną sytuację. Jasno określone i sprecyzowane normy. Określony rytm i kierunek swojego życia. Ale dana każdemu z nas rzeczywistość jest zmienna. Podobnie jak wymagania, jakie stawia przed nami. Trudno jest określić jednoznacznie odnośnie tego, kim mamy być. Do czego dążyć?
cdn.
Ewa Gerbatowska

wtorek, 6 kwietnia 2010

Ciało i seksualność mężczyzn cz. I.


Ciało - organizm to „całość złożona z wielu scalonych i współpracujących ze sobą elementów . To inaczej zbiór komórek żywych, tworzących tkanki i narządy, których koordynatorem jest mózg. W odniesieniu do człowieka mózg- centralny układ nerwowy jest najwyżej wykształcony i stanowi podmiot nieskończonych badań.
Platon postrzegał człowieka jako stwora dwunożnego i nieopierzonego. Dysonans między takimi poglądami a dzisiejszymi jest ogromny.
Ciało człowieka może być największym jego atutem, jak i jego przekleństwem. Powodem upokorzenia, notorycznych kpin, a w konsekwencji wręcz życiowej porażki. Ciało może stanowić także źródło bólu chwilowego lub permanentnego i przesądzić o jakości naszego życia. Z upływem każdej sekundy naszego życia ulega starzeniu, stopniowej i nieubłaganej destrukcji prowadzącej w konsekwencji do śmierci.
Zbyt piękne często przyćmiewa duszę. Jak świat światem uwodzimy się nawzajem. Mężczyźni prawią komplementy, a kobiety kokietują. Demokryt uważał, że najwyższym celem dla człowieka powinna być pogoda ducha. Przeciwstawiał ją jednak rozkoszy. Proponował abyśmy osiągnęli równowagę wewnętrzną- spokój. Jego poglądy nadały kształt psychosomatyce. Z.Freud twierdził, że człowiek jest dobry, ale i zły. Ma dwa popędy: ku przyjemności i ku destrukcji ( śmierci).Przyczyną wielu chorób jest zły przepływ energii w ciele. Szukał luźnej energii. Określił ją ( tę, która daje się zarejestrować, gdy przeżywamy przyjemność) ładunkiem elektrycznym dodatnim (orygonem). Prawidłowy przepływ energii warunkuje spokój, pogodę ducha, a zły natomiast deformuje ciało. Gdy nie możemy wyrzucić z siebie złości- energia zatrzymuje się. Prowadzi to do depresji, fobii, a nawet zbrodni.
Nie ma idealnie pięknych osobników takich jak Dawid Michała Anioła. Każdy z nas w pewien sposób jest zdeformowany. Deformuje nas często m.in. patologiczny dotyk, jak i jego brak. Już od urodzenia istotny jest dla nas kształt naszego ciała, jego waga i wzrost. Parametry te są notorycznie szacowane i porównywane do „ idealnego” wzorca istniejącego w danym czasie. Nie spełnianie któregoś z parametrów powoduje poczucie wyobcowania, co często wiąże się z kompleksami i szykanami.
Każdy z nas ma blizny. Fizyczne lub mentalne.
Ciało ludzkie było degradowane przez wieki i uznawane jako miejsce i źródło grzechu, obrzydliwej fizjologii i siedlisko bakterii. Dopiero renesans, który przyniósł rozwój sztuki, szkolnictwa i zmienił mentalność. Powstały w tej dobie Dawid-antyczny heros o proporcjonalnie zbudowanym, muskularnym ciele to hołd dla ludzkiego ciała. Ten monumentalny posąg stojący dziś w galerii we Florencji to symbol niezaprzeczalnego męskiego piękna.
Dzisiaj ciało wkracza triumfalnie na scenę . „ Rozum”, „inteligencja”, „serce” czy też „ dusza” porównana przez Platona do niebiańskiego rydwanu, ciągniętego przez dwa konie, z których jeden zbliża się ku ziemi, a drugi ku boskim szlakom, nie są dziś zawsze postrzegane jako integralna część naszego ciała, ale wręcz jako jego dodatek. „W kulturze współczesnej tożsamość jest stopniowo wymywana z tego, co tradycyjnie nazwano umysłem lub duszą i przenoszona na „powierzchnię”- zaczyna być odgrywana przez ciało. Niekiedy w procesach wizualizacji ciała tożsamość staje się ciałem . Kres naszej tożsamości jest tożsamy ze śmiercią.”
cdn.
Ewa Gerbatowska

niedziela, 6 grudnia 2009

Ona i On Domagalik…

Ona w czerwieni, on w czerni. Pomiędzy nimi „i”.
„I” bez kropki, czy z kropką?
Myślicie, że to nie ważne?
A właśnie ważne.
Bo jeżeli nie postawimy kropki nad „i”, to wówczas ono łączy Jego z Nią.
„I” jest o wiele ważniejsze od owej kropki,jak napisał mój ukochany Profesor Ryszard Łukaszewicz. 
Ona coś zamyka i kończy, a nie otwiera i łączy.
Przesądza o kimś lub o czymś.
Biel, czerwień i czerń w studio, a na fotelach naprzeciwko siebie siedzą Ona i On.

Czy relacja Ona i On jest taka sama, jak nasza relacja Ona czy On?
Ja szukam. Czasami szuka On.
Ja pytam, On odpowiada. On pyta, a Ja czasami nie odpowiadam.
Ona.

piątek, 20 listopada 2009

Słowa...

Oglądam dokument Ewy Ewart i patrzę na twarze dzieci.
Mogę nie pić, nie jeść, ale nie mogę milczeć-powiedział jeden chłopców.
A my dorośli milczymy albo wypowiadamy słowa, za które nie chcemy ponosić odpowiedzialności. Wypowiadamy słowa, które prowadzą nas do nikąd. Zabijamy się słowami. Porozumiewamy się półsłówkami. Wysyłamy maile i esmsy z błędami. Rozmawiając jakoś się mijamy.
Słowo to elementarna część mowy. Słowo i jego pisany, już bardziej przemyślany odpowiednik wyraz. Lubię pisać, bo chcę żebyście to czytali? Nie. Bo chcę podzielić się z wami tym, co czuję, myślę. Są uczucia, których nie jestem w stanie wyrazić słowami.
Słowami wyrażamy siebie. Czyli nie jestem czasami w stanie wyrazić samej siebie? Chyba tak… Ale pracuję nad tym.
Ewa

Myśląc, sexy, nasz w głowie samochód, czy stoi przed tobą Ona? Kobieta…

Samochód, tak samo jak kobieta wzbudza pożądanie, ale inaczej myśli nastolatek, inaczej mężczyzna mający cudowną żonę i dzieci, a jeszcze inaczej dostojny męski osobnik. Mężczyzna ciekawy, mężczyzna z klasą i doświadczeniem. Mężczyzna taki Irku, jak dziadek. Ale o dziadku opowiem wam innym razem.
Czy samochód zdradza nasz temperament i naszą osobowość? Myślę, że tak!
Najlepiej byłoby gdybym miała trzy samochody. A co tam! Myślicie, że to zbyt wiele dla jednej Ewy? Być może. Ale chyba jeszcze gorzej jest, jeżeli nic nam się nie chce.
Czerwone rękawiczki sportowe, drewniana kierownica i ja w nim…
Dużym, szybkim i oczywiście czerwonym! Taką widzę siebie, na co dzień. Ale nie zdradzę wam jego marki. Na razie niech zostanie moim słodkim sekretem.

A jaki samochód powinna prowadzić kobieta według was, drodzy Panowie?
Czy istnieje podział na maszyny z silnikiem dla niego i dla niej? Myślę, że nie. Aczkolwiek spacerując po San Marino nie widziałam ani jednej babci za kółkiem żółtego Ferrari.
Według ankiety przeprowadzonej przez motoryzacyjny serwis internetowy dla pań- Evecars.com kobiety, które chciałby zrobić wrażenie na mężczyźnie musiałby siedzieć za kółkiem zabytkowego Mercedesa-Benz SL Roadster, Porsche 911 albo Mitsubishi Evo.
Podobno poruszanie się takim zwycięskim retroklasykiem wzbudza u mężczyzn ogólny szacunek i podziw.
Myślę, że mężczyznom podoba się taka kobieta za kierownicą, która potrafi daną maszynę, tak samo, jak Jego ujarzmić…
Ważne są jej umiejętności i temperament!
Dla jednych liczy się wygląd samochodu, niebanalny wygląd, dla innych z kolei ważne jest bogate wnętrze i wydobywające się spod maski dźwięki.
A dla was?
Co was Panowie kręci?
Ewa

wtorek, 17 listopada 2009

Kryzys męskości…

„ Kryzys męskości w kulturze współczesnej” Zbyszko Melosika to z pewnością warta kilku wieczorów pozycja o płci męskiej, która porusza kilka ciekawych jej aspektów w różnych kontekstach i na różnych płaszczyznach. Chociaż sam autor przyznaje, że nie jest to książka przeciwko kobietom- ja w niektórych momentach odniosłam inne wrażenie. Nie zgadzam się do końca z opinią autora, że to kobiety „zmuszają” mężczyzn do operacji plastycznych. Iż są oni pod ich permanentną presją. Zapewne ma to jakiś wpływ na ich dbałość o cielesność, ale chyba nie aż taki.
Nie ma idealnie pięknych osobników takich jak Dawid Michała Anioła. Każdy z nas w pewien sposób jest zdeformowany. Deformuje nas często m.in. patologiczny dotyk, jak i jego brak. Już od urodzenia istotny jest dla nas kształt naszego ciała, jego waga i wzrost. Parametry te są notorycznie szacowane i porównywane do „ idealnego” wzorca istniejącego w danym czasie. Nie spełnianie któregoś z parametrów powoduje poczucie wyobcowania, co często wiąże się z kompleksami i szykanami.
Każdy z nas ma blizny. Fizyczne lub mentalne. Ciało ludzkie było degradowane przez wieki i uznawane jako miejsce i źródło grzechu, obrzydliwej fizjologii i siedlisko bakterii . Dopiero renesans, który przyniósł rozwój sztuki, szkolnictwa i zmienił mentalność. Powstały w tej dobie Dawid-antyczny heros o proporcjonalnie zbudowanym, muskularnym ciele to hołd dla ludzkiego ciała. Ten monumentalny posąg stojący dziś w galerii we Florencji to symbol niezaprzeczalnego męskiego piękna.
Jeden z czołowych współczesnych psychologów Wojciech Eichelberger w rozmowie z dziennikarką Renatą Dziurdzikowską stwierdził, że każdy z nas może być piękny bez względu na to, jak wygląda i jak jest ubrany. Piękny jest ten, kto się nim czuje. Pięknymi jesteśmy wówczas, gdy jesteśmy pogodzeni z samym sobą, lubimy siebie i swoje ciało, bez względu na to, jak się ono ma do aktualnie obowiązujących standardów. Piękny człowiek nie patrzy w lustro, aby dojrzeć swoje piękno. Jest piękny wewnętrznie. „ Z kobietami, i w ogóle ze wszystkimi ludźmi, jest tak jak z drzewami. Tyle drzew, każde inne-dąb, brzoza, buk, osika czy sosna- i każde na swój sposób piękne.” W wywiadzie dodaje, iż już na pierwszy rzut oka widać, że mamy do czynienia z pięknym człowiekiem. Widać to po sposobie, w jaki się porusza, jak patrzy na świat, jak się uśmiecha, jak używa swojego głosu. Widać to po nim, że daje sobie pełne prawo do tego, by istnieć i cieszyć się życiem, będąc tym, kim jest.
„ Piękny” nie musi się do niczego i do nikogo dostosowywać. Nie traktuje swojego ciała, jak przedmiotu, który ma spełniać jakąś określoną rolę. „Piękny” nigdy nie jest niewolnikiem mody. „ Piękny” to nie playboy, który musi być ubrany według najnowszych wskazówek dyktatorów mody. Nie jest nastawiony na to, żeby swoim wyglądem sprawiać wrażenie. Może być oczywiście, jak to dzisiaj się mówi trendy, ale nie po to, by wzbudzać swoją wizualnością zachwyt, ale po to, by dobrze się czuć. By być w danym towarzystwie akceptowanym. Ubiór „pięknego” może być ponadczasowy, ale dostosowany do danej sytuacji. Pożądany przez dane osoby w określonym miejscu i czasie. Każdy z nas wie intuicyjnie, w czym czuje się dobrze. Co dla niego jest najlepsze? Mówiąc prozaicznie, w czym jest mu do twarzy. Traktuje się, więc podmiotowo. Często chcąc zrobić na kimś wrażenie uprzedmiotowiamy nas samych. Sprawiamy idealne, aczkolwiek ulotne wrażenie na kimś, kogo akceptacji w danym momencie pożądamy.
Media często kreują idealnych osobników, aczkolwiek mądry człowiek w głównej mierze przy wyborze partnera życiowego nie kieruje się idealnymi fizycznymi proporcjami. W życiu mniej istotne jest ciało, któremu urokowi często ulegamy. Liczą się cechy wyższego rzędu- cechy charakteru, piękno umysłu i serca. To przywary, które zależą od nas samych. To my jesteśmy w głównej mierze ich twórcami.
Kiedyś jak pisze Z. Melosik rzeczywiście mężczyzna był poza lustrem oraz ostrzałem kamer i fleszy aparatów, ale wszystko się zmienia. Życie to proces. Proces dynamiczny. Proces, który niesie wiele zła, ale i wiele nowego. Niekoniecznie złego. Dzisiaj nie tylko kobiety, ale i mężczyźni, więc każdy z nas jest śledzony przez lustra, kamery i media. Nieustannie poszukuje się jego słabych stron w sferze intelektualnej, emocjonalnej i seksualnej.
Zbyszko Melosik poruszył także współczesny problem konstruowania męskości wokół konsumpcji. Już nie tylko kobieta, ale i mężczyzna jest dziś konsumentem. Jego tożsamość jest konstruowana przez „ konsumowanie” różnych image. On sam jest dziś „ przedmiotem” konsumpcji. W społeczeństwie konsumpcji postrzegamy siebie, jak i sami jesteśmy postrzegani przez pryzmat naszej cielesności.
„ Esse est percipi”- tak powiedział kiedyś George Berkeley. Istnieć to być postrzeganym. Postrzeganym przez kogoś. Zgadzam się z autorem, że dzisiejszą kulturę współczesną cechuje orientacja na wizualność, szczególnie tą, która uosabia ciało.
Kiedyś nie uchodziło mężczyźnie bycie chorym. Kiedyś był on herosem. Twardym, zdecydowanym i po prostu męskim. Niezniszczalnym. „Nie chorował”. Ginął z tarczą lub na tarczy, a jego ciało zdawało się stanowić „ stalowy pancerz”. Dawny mężczyzna musiał być odporny na ból i choroby, które jeżeli go już dopadły- zwalczał siłą własnej woli i własnego organizmu. W dzisiejszej dobie medykalizacji i farmakologizacji życia taki mężczyzna odchodzi do lamusa. Coraz częściej puka do drzwi lekarza i szuka lekarstwa na nie tylko istniejące, ale i wyimaginowane schorzenia. Jego ciało i tożsamość są w swoisty sposób feminizowane. Mężczyźni są postrzegani tak samo, jak kobiety- jako jednostki kruche i słabe. Dr Quinn nie wzbudziłaby dzisiaj konsternacji. Rosnąca feminizacja profesji medycznych powoduje, że dzisiaj właśnie to kobiety stają się ekspertkami w kwestii męskiego ciała. Powoduje to nie tylko poczucie wstydu i zażenowania podczas bezpośredniego badania, ale w skali masowej przyczynia się do zmian relacji społecznych między obu płciami.
Medykalizacja męskiej tożsamości prowadzi do redukcji coraz większej ilości problemów i zachowań ludzkich do kategorii biomedycznych. W konsekwencji coraz więcej problemów dotyczących sfery fizycznej jak i psychicznej człowieka ma być rozwiązywana przez magiczną tabletkę, co wywołuje uczucie bezradności i uzależnienia u wielu mężczyzn. Nasza egzystencja zdominowana przez farmakologię nabiera charakteru „klinicznego”. Ciągle powstają nowe „symptomy” i „syndromy”. Współczesny mężczyzna zamiast „ zdobywać świat” i „cieszyć się życiem” wpatruje i wsłuchuje się w swoje ciało. Nasłuchuje nadejścia kolejnej inwazji bakterii. Aczkolwiek ma to swoje i pozytywne strony. Dzisiaj nie tylko rak szyjki macicy, ale i rak prostaty to równie ważna sprawa. Poza tym mnie również zdarza się połknąć tabletkę zamiast iść do lekarza. Takie mamy dzisiaj czasy. Każdy nie tylko mężczyzna boi się „ wypaść z rynku”.
W dzisiejszym chaosie coraz trudniej jest nam odróżnić to, co ważne, istotne i wartościowe od tego co nieistotne. W podjęciu wielu wyborów przychodzi nam reklama. To dzięki niej możemy dowiedzieć się, czego nam „brakuje”, aby być szczęśliwym, jak wyglądać, co jeść, co kupić, kim zostać, a co gorsza co jest dobre, a co złe. Coraz częściej to nie najbliżsi, czyli mądrzy i cierpliwi dziadkowie i kochający rodzice, ale sztuczny papierowy i cyfrowy świat wprowadza nas w życie. Kształtuje nasz światopogląd. Jak mroczny demon podstępnie kreuje i pokazuje jak wygląda „idealny świat”. Dzisiaj prawie wszystko można kupić. Na szczęście jeszcze nie wszystko -a może i szkoda... Bez względu na to, w jakich czasach żyjemy każdy z nas ma słuszną lub nie, ale swoją wizję świata. Żyjemy szybciej, skaczemy wyżej, pewnych rzeczy domagamy się mocniej. W reklamach eksponuje się nie to, czego potrzebuje człowiek w Somalii, ale to czego potrzebuje człowiek żyjący w Beverly Hills. Nasz styl życia to konsekwencja ścierania się interesów różnych grup społecznych. W wielu sferach naszej działalności jesteśmy precyzyjni, ale czy na pewno wiemy dość dużo o relacji z drugim człowiekiem?
Granica między tym, co dobre, a co złe jest niewielka. Żyjemy w kraju demokratycznym, wolnym, ale ta owa wolność, to nie to samo, co dobro. To wybór pomiędzy tym, co przynosi pożytek, a tym, co nie przynosi pożytku. Wstrząsają mnie niektóre komercyjne stwierdzenia, którymi faszeruje się nas jak dzikie kaczki na święta. Istotne jest to, na ile dostrzegamy i na ile chcemy dostrzec pewne zjawiska. Większość z nas, dorosłych na szczęście ma pewne filtry etyczne, kulturowe, czy też społeczne, ale młody człowiek często ich jeszcze nie ma. Dobrze byłoby czasami spojrzeć na pewne rzeczy z zupełnie innej perspektywy. Nasza aprobata poczynań młodego człowieka, jest konsekwencją wielu zdarzeń. Nie powinna być, zatem pochopna. Zrozumienie, to nie tylko wyrażenie zgody.
Po tej lekturze targały mną różne emocje. Mam niestety pewien niedosyt, ponieważ zabrakło mi w niej niezmiernie dla mnie- jako laika istotnych faktów naukowych na temat męskości i kobiecości, aczkolwiek dzięki niej mam bardziej obiektywny ogląd obecnej rzeczywistości.
Muszę jednak przyznać, że autor zamieścił wiele danych z Internetu i bardzo swobodnie poruszał się po literaturze amerykańskiej dotyczącej badanego „problemu”. Użył także wielu śmiałych metafor i sformułowań, na co pozwoliłam sobie również.
Autor obrazowo napisał, iż wraz wieżami WTC runął świat, w którym budynek giełdy symbolizował tradycyjny męski świat. Stabilny i racjonalny. Niewzruszony niczym monumentalny posąg. Kiedyś męskość wyznaczona była przez jasno sprecyzowane standardy, które dotyczyły tożsamości, ciała, sposobu myślenia, stylu życia i ról społecznych. Standardy te odwoływały się do idei „ męskości tradycyjnej”, która była zorientowana na konstruowanie silnej, dominującej tożsamości. Mężczyźni od zarania dziejów byli wojownikami. Wyruszali na polowania, opuszczali domy, walczyli, zabijali i często ginęli.
Niezwykle dynamiczny rozwój badań nad społeczeństwem i kulturą w ostatnich dekadach jest przejawem oraz potwierdzeniem ogromnych zmian społeczno- kulturowych i ekonomicznych dotyczących relacji między przedstawicielami obu płci.
Coraz rzadziej występuje w naszej kulturze podział na męskie i żeńskie. Kobiety nie muszą dzisiaj nosić tylko spódnic, zaś mężczyźni mogą mieć koszule w egzotyczne kwiaty.
Kobiety już dawno odrzuciły sztywne gorsety. Teraz mężczyźni –niestety czasami z wielkim żalem zrzucają uniform macho.
Kobiety odkryły w sobie cechy męskie, a mężczyźni akceptują w sobie kobiecy pierwiastek ? Chyba nie do końca. Mężczyźni nie płaczą? Odnoszę wrażenie, że płaczą. Leją jak krokodyle ogromne łzy jak grochy. Mażą się jak „baby”.
Już sam tytuł brzmi złowieszczo. Brzmi dla mnie jakby psuło się coś idealnego. Coś, czego należy żałować. Kryzys męskości? Czego tu żałować? Przestarzałego, tradycyjnego wzoru męskości? Wzoru, który stawia na piedestale mężczyznę wręcz jałowego i okaleczonego emocjonalnie? Mężczyznę, który zna tylko mydło „ szary jeleń” i kremik „Nivea”? Mężczyznę, który prawie nie uczestniczy w życiu swoich dzieci?
W Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii „ kryzys męskości”- jak podaje Zbyszko Melosik stał się pojęciem socjologicznym. Problem ten jest poruszany na wielu konferencjach i łamach magazynów oraz stronach pozycji książkowych. Wielu uczestników owych debat słownych, jak i pisemnych mówi dzisiaj nie tylko o kryzysie męskości, lecz wręcz o społeczno-kulturowej epidemii. Pojawia się nawet teza o „ końcu męskości”. Autor zaznacza, iż są też opinie, że kryzysu męskości nie ma i że kategoria ta stanowi wyraz dążenia do potwierdzenia dominacji mężczyzn w obliczu zagrożeń, które wynikają dla niej z emancypacji kobiet. Autor przytacza także słowa Tomasz Gmerka, który uważa, iż nastąpiła znacząca relatywizacja kategorii męskości. Ma ona współcześnie wiele równoprawnych, a czasami nawet i sprzecznych ze sobą wersji męskości.
We współczesnych zachodnich debatach na temat mężczyzny konstruuje się jego tożsamość w kategoriach „ problemów”, „ patologii” i „ kompleksów”. Co do problemów to uważam, że wiele z nich stało się wreszcie ludzkich. Ujrzało wreszcie światło dziennie. Dopiero od niedawna mówi się głośno, że mężczyzna to tez człowiek. Też choruje. Wreszcie istotny jest nie tylko problem zachorowań na raka szyjki macicy, ale i prostaty.
Wraz ze zniesieniem androcentrycznego charakteru całej kultury i patriarchalnych cech społeczeństwa pojawiają się na szczęście nowe jakości. Nie są to być może czasami jakości, które powinny przesądzić o treści i jakości naszego życia, ale mogą je ciekawie ubarwić i nadać mu oryginalny i niepowtarzalny smak.
Panowie... czas na Was. Czas na nową męskość. Na nowe ojcostwo. Trzymam kciuki. Mam nadzieję, że pozycja ta trafi do wielu kobiet, które będą miały większą świadomość pewnych zjawisk społecznych i pomogą nie w utracie męskich przywilejów, ale pomogą w zdrowej transformacji kategorii męskości i kobiecości, która powinna w dzisiejszej dobie przebiegać w atmosferze pokojowej. Czas przestać walczyć. Czas zaakceptować pewne fakty i zjawiska społeczne, które mają miejsce. Jesteśmy wrzucani w pewną rzeczywistość społeczną, czy tego chcemy, czy nie. Czas uświadomić sobie, że każdy z nas, każda kobieta i każdy mężczyzna wykonując nawet tą samą czynność robi to inaczej. W końcu pochodzimy z innych planet. I na tym polega nasze piękno. Aby wszyscy jak najszybciej to zaakceptowali i zrozumieli.
Ewa Gerbatowska

„ Tak, tak, wiem, najtrudniej zacząć od siebie, ale i najlepiej...”

Każdy z nas jest wrzucany w pewną rzeczywistość społeczną, czy tego chce , czy nie. Ta rzeczywistość jest nam dana. Istotne jest, aby została obudzona w nas świadomość. Rozwój naszej świadomości powoduje powstanie nowych przestrzeni i światów, dzięki którym możemy złapać oddech lub wręcz zacząć spokojnie i miarowo pobierać potrzebny nam do życia tlen.
Każdy, kto wychował się w rozbitej rodzinie, albo w takiej, w której nie było uczucia, miłości ocenia się bardzo surowo. Dorastanie w atmosferze napięcia, niepokoju powoduje, że dzieci tracą kontakt z własnymi potrzebami i marzeniami. Co gorsza – często czują się winne tego, co dzieje się w ich życiu. Większość dzieci, które miały surowych lub patologicznych rodziców zamyka się w sobie. Nasze dzieciństwo jest integralną częścią naszego życia. Częścią nas samych. W każdym z nas istnieje małe dziecko, które kieruje naszym życiem. Na każdym szczeblu naszego życia inaczej widzimy świat. Dzieci nie myślą jak dorośli, lecz absolutyzują. Jeżeli w domu czują się zagrożone, to myślą, że cały świat jest niebezpieczny. Im wcześniej jako dzieci odkrywamy, że świat nie jest bezpiecznym miejscem, tym szybciej wznosimy mury obronne. Zza nich często postrzegamy świat. Czasami przywaleni stertą gruzu sprzed lat nie możemy swobodnie oddychać. Owładnięci dawnymi negatywnymi przeżyciami doświadczamy cierpienia, które nie ma nic wspólnego z chwilą obecną. Abyśmy mogli prawidłowo, bez niepotrzebnych obaw żyć i postrzegać świat musimy dotknąć nie zagojonych w naszym sercu ran. To bardzo bolesny moment. Trzeba przyznać przed samym sobą, że w moim życiu jest coś nie tak, nie cieszę się tym, że żyję, że kwitnie obok mnie kwiat. W rodzinie tak jak w wiklinowym koszu wystarczy, że jedno jabłko jest zepsute. Jeżeli nasze wewnętrzne dziecko jest skrzywdzone i cierpiące, to na pewno te negatywne emocje przechodzą na kolejnego człowieka, którego powołujemy na świat. Jeżeli nasze wewnętrzne dziecko jest chore, skulone na łóżku przy ścianie to zapukajmy do jego serca. Płaczmy z nim. Posłuchajmy, czego pragnie, czego nie chce. Nie karćmy za to, że jest smutne. Przytulmy je. Powiedzmy, że je kochamy. Wojciech Eichelberger powiedział w jednym ze swoich wywiadów, że cierpienie pojawia się w naszym życiu po, to abyśmy nauczyli się z niego wyjść. Dziecko jednak inaczej postrzega cierpienie.
Najważniejszym spotkaniem w naszym życiu jest spotkanie z samym sobą, bo dzięki niemu możemy umocnić wszystkie szczeble naszej drabiny. Iść do przodu. Śmiało budować zdrowy świat, nie tylko nasz, ale dziecka, które stanie obok nas.
Ewa Gerbatowska

Singlomania...

Od roku 1991 mamy ponownie w naszym herbie miasta Anioła, po mieście jeżdżą autobusy z nimi, a ja …jakoś nie mogę na żadnego wpaść.. Wiem, że nie możemy porównywać się do wiecznego miasta miłości Rzymu, ale chyba wielu z nas ciągle brakuje skrzydeł.
Furorę robią takie programy jak Kawaler do wzięcia. A po Testosteronie wielu z nas pobiegnie szybko na Lejdis. Dlaczego? Chyba dlatego, że dotyka naszych codziennych relacji - relacji mężczyzna – kobieta ,mężczyzna- ja.
Jesteśmy zwierzęciem stadnym. Lubimy być w zbiorowości, grupie. Zapisujemy się w szeregi naszych dawnych klas, ale bycie z drugą osobą sam na sam nastręcza nam ciągle wiele trudności. Czasami wręcz nie widzimy szansy na zamążpójście. Znalezienie Anioła wydaje nam się najzwyczajniej mówiąc bez szans.
Ostatnio po latach spotkałam znajomego. Przystojny, wysportowany, lekko wyniosły. Związek w jego oczach nie mam szans.- Po co mi żona! -odrzekł na moje cudowne pytanie dlaczego jest sam. Po prostu poległam z kretesem. Dalsza rozmowa nie miała z nim szans. Ja załamana, a on nonszalancko popijał kolejnego drinka. W drodze do domu zjadł ze znajomym hot doga na Statoil i szczęśliwy wrócił do swojej twierdzy sam. Bo taką mamy modę. Modę na bycie ze sobą. Sam na sam. Po prostu chorujemy na singlomanię.
Dzisiaj już wychodzą z obiegu takie określenia jak „stara panna” czy „stary kawaler”. Mówiąc o singlu mamy na myśli zarówno ludzi, którzy rozpaczliwie poszukują partnerki lub partnera jak i tych samotnych z wyboru. Samo określenie singiel sugeruje, że ma określoną - krótką datę ważności. Jak w piosence dawnego zespołu Papa Dance, bo dzisiaj nazywają się Papa D : „ maksi singiel krótko trwa”. Po pewnym czasie odkładamy go na półkę.
Nie tak dawno jeszcze w naszej mentalności życie w pojedynkę uważane było za porażkę życiową. Oznakę braku naszej atrakcyjności fizycznej bądź trudnego charakteru. Do dziś pamiętam jak moja babcia mówiła do mnie: „Nie bądź taka, bo nie znajdziesz męża”. Brzmiało to jak złowieszcza i ciążąca nade mną mantra. Krystyna Slany uważa, że obecnie postrzeganie osób samotnych jako zgorzkniałych i osamotnionych jest wypierane przez „ proaktywny” wzór singla. Zjawisko to tłumaczy efektem szeroko rozumianej modernizacji i charakterystycznych dla nich zjawisk. Coraz częściej na pierwszych stronach magazynów królują wykształceni, przystojni i zorientowani na sukces zawodowy mężczyźni po trzydziestym roku życia.
Według danych GUS z 2002 roku mężczyźni, ale i kobiety znacznie później niż kilka lat temu podejmują decyzję o wstąpieniu w związek małżeński. Z kolei badania Claritas Polska przeprowadzone na zlecenie „Newsweeka” dowodzą, że 30 procent 25-, 39-latków w ogóle nie decyduje się na stałe związki. Jeszcze kilka lat temu pobierały się 20-, 24-latki, a teraz taką decyzję młodzi ludzie podejmują średnio pięć lat później. Paweł Deląg w wywiadzie Newsweeka oznajmił: „Mam 32 lat i nie czuję żadnego przymusu, żeby włożyć komuś na palec obrączkę.. Dziennikarki tegoż artykułu-Magdalena Łukaszewicz i Aleksandra Więcka stwierdziły, iż ostatnia dekada dała młodym mężczyznom poczucie, że mogą jednocześnie zjeść ciastko i je mieć. Obecne przyzwolenie społeczne pozwala do cna wykorzystać mężczyznom zalety stanu wolnego, a potem na stabilizację - jeśli oczywiście będą mieli na to ochotę. Decyzję o założeniu rodziny mogą odwlekać do woli. W końcu stoi za nimi ogromna i potężna siła- jej ekscelencja biologia. Lansowanie w mediach „ singlomanii” powoduje, że mężczyźni nie czują jakiejkolwiek presji społecznej, a „stringi na wierzchu” utwierdzają ich w przekonaniu, że o seks dzisiaj bardzo łatwo. Dzisiaj do tego wcale nie potrzeba ślubu. Ponadto bardzo modne jest mieszkanie na „ kocią łapę”. Właśnie w taki oto sposób bez zbędnych formalności można zakosztować zalet życia we dwoje. Poza tym bez jakichkolwiek konsekwencji i w każdej chwili można spakować „współlokatora” i wystawić jego z walizką za drzwi. Większość mężczyzn, z którymi rozmawiał „Newsweek” nie zamierza uciekać przed ślubnym kobiercem do końca życia. Aczkolwiek na pytanie „ Newsweeka”: dlaczego do tej pory nie zdecydowali się na ożenek jak z broni maszynowej strzelają niekończącą się serią argumentów: nie spotkałem jeszcze odpowiedniej kobiety, czekam na dojrzały związek, nie chcę tracić wolności, jestem jeszcze młody i tak dalej.
Wielu mężczyzn dopiero po wielu latach żałuje takiego samotnego żeglowania. Jednym z nich jest Michał Bajor, który w wywiadzie udzielonym czytelniczkom miesięcznika Pani powiedział:„ Był kiedyś taki moment w moim życiu, że strasznie chciałem się dowartościować, udzielać wywiadów. Wszędzie mnie było pełno i opowiadałem dookoła, jaki to jestem szczęśliwy i że to pojedyncze życie, które sobie wybrałem, to kawalerstwo, jest fantastyczne. Że bycie sobie sterem i okrętem mnie uskrzydla. I tylko Magda Umer powtarzała: „ Gadaj sobie, gadaj, a ja i tak nie wierzę”. Teraz, po latach, jak popatrzyłem na siebie młodszego o te dwadzieścia lat, to zrozumiałem, że wtedy zmyślałem. Oszukiwałem sam siebie. Dziś szczególnie szukam w sobie siły, która pozwala mi nie żałować tamtych decyzji. Chociaż redaktor naczelna Pani Małgorzata Domagalik stwierdziła, że są przecież ludzie stworzeni do życia solo to artysta i tak zdecydowanie odradza taki wybór. Dodaje: „ Owszem. Są chwile, gdy patrząc na kolegów i ich dzieci, to nawet się nie dziwię, że czasami mają dość. Ale już za chwilę przychodzi refleksja - ale ile oni mają. Coś za coś” .
Hugh Grant odmówił zagrania w drugiej części „ Dziennika Bridget Jones”, ponieważ stwierdził, że ma już dość takiego wesołego kobieciarza i wiecznego singla. W bijącym rekordy oglądalności w całej Europie filmie „Był sobie chłopiec” wcielając się w rolę Willa- przystojnego i bogatego czterdziestolatka, który beztrosko zdobywa i porzuca kobiety uświadamia sobie w końcu, że życie singla, życie w pojedynkę jest jałowe. Szczęście daje mu dopiero to przed czym tak uciekał- rodzina.
Wielu krytyków kultury współczesnej uważa, że trwająca już ponad 10 lat era singli wreszcie dobiega końca, chociaż psycholog Joanna Heidtman jest zdania, że każdy człowiek powinien przejść przez etap obowiązkowej samotności. Okres bez związków, bez mieszkania z rodzicami- właśnie po to, aby odkryć siebie, samemu wyznaczyć sobie własne cele.
Pięknie o takiej samotności powiedział Wojciech Eichelberger: „Umysł jest jak naczynie z wodą, którym nieustannie poruszamy. Woda wzburza się, mąci i przelewa. Bywa, że wstrząsany niepokojami umysł nie daje nam wytchnienia nawet w nocy. Budzimy się zmęczeni, rozbici i bez sił do życia. Gdy decydujemy się na to, by przez pewien czas pobyć w samotności, to tak jakbyśmy naczynie z wodą postawili w jednym miejscu. Nikt go nie rusza, nie przenosi, nic nie dodaje; nikt nie miesza wody. Wtedy wszystkie zanieczyszczenia opadają na dno, woda staje się spokojna i przejrzysta. (...). Problemem jest nadal to, że samotność singli kusi nadal za bardzo. Chcieliby ją mieć przez całe życie, na każde zawołanie. Nawet wtedy, gdy z kimś się zwiążą. – Jestem teraz w bardzo fajnym związku, mam fantastyczną partnerkę, ale z nią nie mieszkam. Nie dzielę się swoją pralką ani półką na książki- podkreśla Wojewódzki. -Samotność jest kompanem, sam ją wybieram, odwiedza mnie wtedy, kiedy tego chcę, a nie jest kuzynem z prowincji, którego wizytę trudno przewidzieć i trudno znieść- dodaje..
W kwietniowym artykule miesięcznika Pani „ Miłość z krótką datą ważności” Zyta Rudzikowska stwierdziła, że dzisiaj, kiedy wiążemy się z drugim człowiekiem, podświadomie pragniemy, by był on lekiem na całe zło. Według niej wiele rozstań moglibyśmy uniknąć, gdybyśmy w naszym partnerze zauważyli mężczyznę, a nie uzdrowiciela.
Kiedy nasi dziadkowie przysięgali sobie miłość do grobowej deski to rozumieli to dosłownie. Dziś jesteśmy bardziej mobilni i elastyczni. Zmieniamy często pracę, miejsce zamieszkania jak i partnerów. Gdy dany mężczyzna nam po pewnym czasie nie odpowiada, to jak w piosence zmieniamy go na inny, według nas „lepszy” model. Takie rozwiązanie nie prowadzi jednak w większości przypadków do rozwiązania problemu. Jest on często esencją kolejnego związku. Po każdym, nawet najbardziej bajecznym uniesieniu każdy związek wkracza w kolejny etap. Szarą codzienność. Nie ma w niej już tylu błyszczących gwiazd. I nagle nasz wybranek nie jest już tym, kim nam się wydawał. Jego urzekające nas na początku cechy stają się wadami. Mężczyzna, który wniósł tyle uśmiechu w nasze życie staje się niepoważny i mało wiarygodny. Magia w pewnym momencie pryska, a my jesteśmy smutne i rozczarowane. Niekiedy złe, oszukane i skrzywdzone. Mamy poczucie, że popełniłyśmy błąd. Że to nie ten partner. Hołdujemy bardzo modnej dziś zasadzie, że lepiej i łatwiej się rozstać niż naprawić związek lub w nim tkwić. A zły związek to na pewno nie ten, który wymaga od nas wysiłku. Dobra relacja, to taka, która nas zbytnio nie absorbuje. Psychologowie uważają za takie pojmowanie miłosnych relacji za brak odporności na monotonię codzienności oraz dużą gotowość do częstych zmian. Nie możemy dzisiaj zaprzeczyć, że w dzisiejszych czasach praca zawodowa bezlitośnie konkuruje z naszym życiem prywatnym. Musimy szybko podejmować decyzje. Tu i teraz. Ogromne tempo naszego życia sprawia, że mamy coraz mniej czasu na szukanie optymalnych dla dwojga rozwiązań. Mniej także na budowanie głębszych relacji. Mniej czasu na empatię w stosunku do będącego przy nas człowieka. Z tego też powodu rośnie stale liczba ludzi, którzy nie potrafią tworzyć stałych i stabilnych więzi. Gdy tylko dany model szwankuje wyrzucają go na śmietnik i szukają nowego. Nowy model po pewnym czasie również okazuje się felerny i tak oto koło się zamyka.
Eva-Maria Zurhorst, niemiecka psychoterapeutka i autorka poradnika „Kochaj samego siebie i poślubiaj, kogo chcesz” jest zdania, że większość rozstań jest niepotrzebnych. Według niej niezależnie od tego, kogo poślubimy, i tak w związku z druga osobą spotkamy samą siebie. To właśnie nasz partner jest tą osobą w naszym życiu, w którym jak w lustrze możemy zobaczyć naszą zdolność do miłości, naszą energię, nasze wszelkie zahamowania, wszelkie rany i blokady, ale przede wszystkim nasze wewnętrzne rozdarcie między naszymi tęsknotami i lękami. Żaden partner nie jest w stanie zapewnić nam szacunku do samego siebie, ani poprawić naszego samopoczucia. Bez względu na to, z kim będziemy szli przez życie, zawsze będziemy też szli ze samym sobą. Jest taki moment, kiedy musimy ściągnąć nasze ubrania i co ważniejsze- maski. Wolimy odejść niż skonfrontować się z samym sobą. Gdy tylko coś nas zaboli sięgamy po pigułkę szybko uśmierzającą ból. Nie mamy odwagi przełknąć porażki. Nie chcemy wykonać badań. Zdiagnozować przyczyny naszego bólu. Nie staramy się sami znaleźć leku. Postrzegamy świat przez bezpieczną osłonę przeciwbólowego leku. Ale on działa tylko chwilowo. Nie leczy naszych ciał ani dusz. Nie usuwa problemu. Pojawiający się kolejny partner ma być dla nas cudownym uzdrowicielem naszego poprzedniego rozczarowania i lęku. Nie widzimy kolejnego partnera, ale nasze wyimaginowane wyobrażenie o nim. Istotne jest abyśmy mieli świadomość, że ta mniej przyjemna faza dostrajania się w związku daje nam ogromne szanse dla nas samych. Daje możliwość ukojenia naszej duszy, zaleczenia wszelkich naszych mentalnych ran. Wyjście z danemu kryzysu uczy nas najwięcej o nas samych. Daje także ogromną siłę i wiarę w pokonanie tych kolejnych. Każda trudność nie pojawia się na naszej drodze by nas zmieść z niej, ale po to, aby wzmocnić nas samych, nasz związek, czegoś nas nauczyć. Nauczyć pokonać ten ból. Pokonać dane cierpienie. Po wyjściu z niego jesteśmy wraz z naszym partnerem silniejsi. Im bardziej to rozumiemy, im bardziej się otwieramy – zwiększamy swoją szansę. Razem pokonujemy smutną prozę życia by zwyciężyć. Często budzi to w nas strach. Obawiamy się całkowicie odsłonić naszą ukrytą na co dzień twarz. Może po zdjęciu maski nie jest ona zawsze promienna i bez żadnej zmarszczki, ale na pewno jest niepowtarzalna i ma swoją wartość. Może dla tej drugiej osoby okazać się właśnie piękna. Tylko głęboka i uczciwa intymność pozwala zbudować trwały związek. Pozwala także na bezcenną konfrontację z samym sobą. Jest punktem wyjścia z impasu i rozpoczęciem nowego życia oraz pogodzeniem się ze samym sobą. Każdy związek jest częściowo terapią. Ale jak każda terapia by przyniosła oczekiwany efekt musi być poprzedzona sumienną pracą nad samym sobą i partnerem. Najprościej jest uciec, odejść- jak czynią młodzi ludzie. Być obolałym i nieszczęśliwym. „Do tego, aby być nieszczęśliwym nic nie jest nam potrzebne. Każdy tchórz, każdy głupiec może się tak czuć. Każdy potrafi być nieszczęśliwy. Ale do poczucia błogości potrzebna jest ogromna odwaga- a żeby ją poczuć, trzeba nad sobą popracować”. Nikt z nas nie jest doskonały. Zawsze jako jednostce będzie nam czegoś w życiu brakować. Więc kiedy spotykamy na swej drodze człowieka, to pomyślmy o nim jako o najlepszej rzeczy jak mogła nas spotkać. Na takim fundamencie będziemy mogli najpiękniejszy pałac zbudować. Nie szukajmy idealnie pasującej do nas „połówki”, bo być może ona wcale nie istnieje. Robert Redford w „Zaklinaczu koni” powiedział: „ Nie kochałem jej dlatego, że pasowaliśmy do siebie. Po prostu ją kochałem”.
Głośna książka amerykańskiego psychologa Stephena M Johnsona pt.„Dobre życie w pojedynkę” dla wielu była pokoleniową biblią. Nie tylko w Polsce, ale i na świecie coraz szersze zjawisko „singlomanii”, na które składa się szereg przyczyn wywołuje niepokój. Z kolei środki masowego przekazu mają doskonałą pożywkę i coraz częściej lansują taką właśnie postawę życiową. Szczególnie wyrazistym przykładem w polskich mediach jest Kuba Wojewódzki. Mężczyzna o ironicznym podejściu do wielu fundamentalnych spraw w życiu każdego człowieka. W jednym z numerów Newsweeka prezentującym sylwetki znanych polskich mężczyzn, na pytanie dziennikarza dlaczego nie chce się żenić Kuba Wojewódzki powiedział: „Samemu jest mi równie dobrze jak było z kobietą.”. Z kolei Paweł Deląg na to samo pytanie odpowiedział: „Czekam na dojrzały związek”. Mężczyźni, którzy są singlami nie wykluczają stałego związku z kobietą, ale odkładają go na później. Z wypowiedzi innych samotnych mężczyzn w Newsweeku wynikało, że ich samotność wynika ze strachu przed odpowiedzialnością, jaka spoczywa na barkach męża i ojca. Ponadto stwierdzili, że życie rodzinne mogłoby ich zbytnio absorbować.
Poprzez takie właśnie propagowanie w wielu programach telewizyjnych, serialach i magazynach wzoru atrakcyjnego singla oraz mody na „singlowanie” część młodych ludzi uwierzyła, że samotność może być drogą do sukcesu i szczęścia. Czy nie stwierdzą na koniec, że została im pustka? Czy zgorzknienie nie przeszyje ich duszy? Witalność w życiu przemija, a nadchodząca niemoc rodzi ból i odsłania bezkresny horyzont szarej samotności.
Wzór singla łączy się także z kultem młodości. To właśnie media lansują wzory czterdziestolatków o wyglądzie dwudziestolatków. Kuba Wojewódzki bardzo wyraziście lansuje taki model życia. Wyglądem i sposobem ubierania się, ale i zachowania przypomina roztrzepanego dwudziestolatka. Takiego, który chyba do niczego nie podchodzi poważnie, a jego atrybutem „męskości” jest szybki, sportowy samochód, o którym marzą jego rówieśnicy poruszający się w samochodach rodzinnych. Taki czterdziestolatek wcale nie przypomina schorowanego, szpakowatego mężczyzny. Statecznego męża i troskliwego ojca jak główny bohater znanego serialu telewizyjnego „ Czterdziestolatek”. Wręcz przeciwnie. Uwielbia lansować się z młodymi kobietami. Nie wymienia „kombi” na „porsche”. Po prostu cały czas ma przy sobie szybki, sportowy model. Zmienia tylko jego kolor.
A ja pomimo wszystko mam nadzieję, że zatrzyma się i zabierze mnie jakiś …Romeo. I może ta podróż nie będzie łatwa, ale wolę to niż podróż solo. Tyko razem można unieść się wyżej. Ponad codziennością i szarością każdego dnia.
Ewa Gerbatowska

Era Internetu i Super Niani…

Po obejrzeniu pierwszego odcinaka „ Super Niani” byłam przerażona i zirytowana. Odbyłam praktyki w wielu placówkach edukacyjnych, ale to, co zobaczyłam na ekranie wywołało u mnie wstrząs. Siostra oglądała program spokojnie i z uwagą ,a ja chodziłam po mieszkaniu delikatnie ujmując… zła.
Co się z nami stało? W końcu powołujemy na świat żywe i emocjonalne istoty, a nie cybernetyczne twory z telefonami komórkowymi w tornistrze.
Dzisiaj patrzę jednak na „ Super Nianię” inaczej. Przez pryzmat osób, którym pomaga. Aczkolwiek nadal martwi mnie brak pewnej świadomości, bo w końcu
my wychowujemy dzieci,, ale one wychowują… nas! Wychowujemy się wzajemnie. Po dzieciach możemy zobaczyć, kim jesteśmy. Ich zachowanie na ogół bardzo dużo mówi o nas samych, choć rzadko to dostrzegamy albo nie chcemy tego dostrzec.
Korczak mówił zawsze o współwinie. Był świadomy swoich braków i wad. Nigdy nie mówił: „bierzcie ze mnie przykład”. Uważał, że dorośli, mający przecież większą świadomość zła, a popełniający mimo to złe czyny, nie mają prawa uznawać siebie za wzór. Musimy mieć świadomość że sami musimy robić to, czego od dziecka wymagamy. Jeśli popełnimy błąd, pozwólmy sobie zwrócić uwagę. Przeprośmy. Ale nie tak jak Charlotte swoją córkę Ewę w „Sonacie jesiennej” Bergmana nie wiedząc tak naprawdę, za co. Rodzic i dziecko mogą być partnerami. Partnerstwo wcale nie oznacza rezygnacji z wymagań.
Mało kto ma odwagę powiedzieć, że wychowawca powinien być wychowywany przez dziecko. Joseph Campbell, wybitny znawca mitów, pisze, że gdy prowadzi nas dziecko, czyli radość i miłość, gdy robimy to, co nas uszczęśliwia, wtedy idziemy za marzeniem, wspierani przez siły życia, spotykamy właściwych ludzi. Idąc za dzieckiem każda chwila ma blask.
Dzieci przypominają nam dorosłym jak kiedyś patrzyliśmy na świat. Bez uprzedzeń, bez stereotypów. Dzieci w naturalny sposób przyjmują świat, ludzi takimi, jakimi są naprawdę. My dorośli często mamy do niego pretensje. Oto na przykład, dlaczego nie urodziliśmy się gdzie indziej. Gdzie według nas byłoby nam lepiej. Małe dzieci dają nam lekcje ufności, szczerości, niczym nieskrępowanej radości. Nastoletnie pokazują to, co w nas zanika: spontaniczność, bezkompromisowość. Dorosłe z kolei prowokują do przemyśleń na tematy fundamentalne.
Już od pierwszych chwil życia dziecka robimy wszystko, by jak najszybciej przystosować je do naszego zwariowanego świata. Świata konsumpcji i rywalizacji. Myślimy czy się przedrze, czy odniesie sukces. A dla dziecka sukces nie istnieje. Ono chce skakać, odkrywać, wąchać, tańczyć. Cieszyć się z tego, że jest. Często mówimy do dzieci, a rzadko wsłuchujemy się w to, co do nas mówią. Sukcesem było by gdyby dzieci przychodziły do nas z swoimi tajemnicami. Ale żeby tak się stało musimy być uważnymi i przepełnionymi szacunkiem słuchaczami. Musimy być ciekawi dziecka. Stwarzać przyjazną atmosferę. Dać dziecku odczuć, że uszanujemy jego myśli. Wielu dorosłych uważa, że słuchanie jest oznaką słabości i że taka postawa prowadzi do utraty autorytetu. Autorytet nie polega na dyrektywach, ale na dawaniu przykładu, choć lepiej byłoby powiedzieć za papieżem o dawaniu świadectwa.
W naszej kulturze dziecięcość bywa często bagatelizowana, a jest przecież fundamentem przyszłego losu. Postrzegana jest jedynie jako etap przejściowy do czegoś ważnego, co dopiero nadejdzie- do bycia dorosłym, do spełnienia często naszych niezrealizowanych oczekiwań. Stawiamy dzieciom wymagania ponad miarę. Chcemy, by w sposób naturalny nie doświadczało świata i innych ludzi. By zaprzeczało własnym potrzebom i uczuciom, bo tak np. wypada. Zabijamy nie tylko w nich, ale w nas samych ciekawość świata. Dzisiaj dzieci mają kliknąć myszką na odpowiednie hasło i wiedzieć, a nie pytać, bo my dorośli przecież nie mamy czasu. Chcemy być kimś więcej, niż jesteśmy, i tego też wymagamy od dzieci. Jesteśmy przekonani, że to , co dobre dla nas jest też dobre dla naszych dzieci. A dla naszego dziecka może być lepsza zupełnie inna droga.
Tracimy to, co w życiu najcenniejsze- radość istnienia, ale co gorsza sami tworzymy nowego emocjonalnego kalekę.
To nie stereotypy czy tradycja, powinny decydować o naszym życiu, ale nasze wolne, świadome wybory.
Musimy mieć świadomość, że każda pozytywna, jak i negatywna emocja przekazana dziecku, każda spędzona wspólnie bądź zdana na towarzystwo telewizora chwila, każda niewyjaśniona bądź zlekceważona i przeoczona sytuacja prędzej, czy później dojdzie do głosu. To od nas zależy czy będzie to głos radości, czy smutku. To od nas zależy, czy poradzimy sobie sami, czy będziemy musieli skorzystać z pomocy Super Niani.
Według Emmanuela Kanta wychowanie jest jedną z najtrudniejszych sztuk. Abyśmy ją jak najlepiej opanowali. Tego życzę Państwu, sobie i przyszłym pokoleniom.

Ewa Gerbatowska